14

Potężna promocja i nic poza tym. Paradoks Cloverfield od Netflix mnie rozczarował

Zamiast do kina trafia na Netfliksa do tego z błyskawiczną kampania reklamową podczas finału Super Bowl. Jeśli chodzi o promocję Paradoks Cloverfield bez wątpienia zapisze się w historii kina. Szkoda, że to dość kiepski film.

Pamiętacie Projekt: Monster? Powinienem raczej napisać Cloverfield, bo chyba łatwiej przypomnieć sobie ten film pod oryginalnym tytułem. Był to obraz na swój sposób świeży (choć oczywiście inspirowany Blair Witch Project) i w bardzo fajny sposób pokazywał katastroficzne wydarzenia z wielkim potworem w roli głównej. Oglądałem go 3 razy i choć największe wrażenie robił za pierwszym, cały czas pozostał filmem tajemniczym, podobnie jak i samo uniwersum Cloverfield.

Dwójka, czyli Cloverfield Lane 10 nie zrobiła już na mnie takiego wrażenia. Ale może to początkowe rozczarowanie wynikające z pokazania świata w zupełnie inny sposób. Tym bardziej czekałem na mający spiąć wszystko Paradoks Cloverfield, a po niezłej akcji z udostępnieniem filmu niedługo po pokazaniu zwiastuna na finale Super Bowl, chyba spodziewałem się czegoś, co wgniecie mnie w fotel. Obejrzałem i nie wgniotło – ale po kolei.

Kończy się energia

Paradoks Cloverfield nie jest klasycznym prequelem, pokazuje jednak w jaki sposób na Ziemi pojawił się wielki potwór znany z części pierwszej. A przynajmniej stara się pokazać, bo niestety wiele rzeczy nie zostało odpowiednio wyjaśnionych. Otóż tytułowy Cloverfield to dryfująca w okolicach naszej planety stacja kosmiczna. Jej załoga ma za zadanie uruchomić specjalny akcelerator Sheparda, dzięki któremu ludzkość będzie w stanie uzyskać dostęp do nieograniczonego źródła energii. Mamy rok 2028 i niestety zasoby naturalne naszej planety zaczynają się wyczerpywać a wspomniany akcelerator ma być ostatnią deską ratunku. W powietrzu wisi wojna między największymi państwami, nie do końca wiadomo dlaczego, chodzi jednak o wspomniane surowce. Z jednej strony wszystkie narody łączą więc siły, z drugiej chcą siebie zniszczyć – niestety takich bezsensów jest w tym filmie aż za wiele.

Ale dlaczego kosmos? Otóż akcelerator wydaje się być urządzeniem bardzo niebezpiecznym, dlatego postanowiono testować go na orbicie ziemskiej. Kilkadziesiąt nieudanych prób i te 3 ostatnie – brzmi jak porzucenie wszelkiej nadziei. W pewnym momencie wszystko się jednak udaje, akcelerator działa, strzelają korki od szampana i nagle…baaaam, załoga Cloverfield traci kontakt wizualny z Ziemią, a czekający na zbawienie ludzie ze stacją. Nikt nie wie co się wydarzyło, sytuacja wydaje się beznadziejna.

Nic tu do siebie nie pasuje

Paradoks Cloverfield to zjawisko, które wyjaśniono już na początku filmu. Szkoda, gdyby udało się to przenieść gdzieś pod koniec, może obraz zachowałby swój tajemniczy klimat. Tymczasem jest przewidywalny, większość widzów już w połowie nie zostanie już niczym zaskoczonych, co nie oznacza, że wszystko zrozumieją.

Chciałbym napisać, że film stawia dziesiątki pytań, nie na wszystkie dając odpowiedzi. Że porusza ciekawe tematy związane z nauką, nawet tą mocno „fiction”. Tymczasem to festiwal przypadkowo poruszonych wątków, przypadkowo nakręconych scen, które nie trzymają się kupy. Owszem, jest główna oś historii, główny ciąg wydarzeń, jednak co jakiś czas twórcy raczą nas scenami, które nie mają żadnego związku z opowiadaną historią i zostały dodane tylko po to, by sztucznie podkręcić emocje. Po chwili żaden z bohaterów już o nich nie pamięta, widz również – bardzo dziwny zabieg.

Co więcej, trudno identyfikować się z którąkolwiek z postaci Paradoksu Cloverfield, są zbyt płytkie – a nawet kiedy sami aktorzy starają się nadać odgrywanym bohaterom trochę głębi, osoby odpowiedzialne za scenariusz szybko tłamszą ten pomysł. Dzień po seansie ledwo pamiętam nawet imiona występujących w filmie postaci, a co dopiero ich motywacje czy życiowe historie.

Koniec końców film niczego nie wyjaśnia, nie spina klamrą dwóch poprzednich odsłon, sprawia wrażenie napisanego i nakręconego na kolanie. Ba – nie potrafi nawet wyjaśnić rozpoczętych w nim wątków. Pomieszanie z poplątaniem.

Broni się natomiast warstwa audiowizualna – może nie jest to poziom zapierający dech w piersiach w kinie, natomiast w filmie wypuszczonym dla platformy streamingowej robi duże wrażenie. Widać jednak, że czasem zabrakło budżetu na większe lokacje i sceny z większym rozmachem. A to pozwala sądzić, że początkowo film faktycznie miał trafić na wielki ekran, nie spełnił jednak oczekiwań przedpremierowych. Dlatego zamiast trafić tylko na DVD, dotarł na Netfliksa. Mała rada – oglądajcie Paradoks Cloverfield na słuchawkach, najlepiej przestrzennych. Jest kilka momentów grających te same nuty co w pierwszym Dead Space, ciary na plecach gwarantowane. Szkoda tylko, że to raptem kilka minut.

I teraz napiszę coś zaskakującego. Mimo tych wszystkich nieścisłości, średnio rozpisanych postaci, braku logicznej klamry…Paradoks Cloverfield oglądało mi się nawet przyjemnie. Trzeba tylko zmienić nastawienie, zapomnieć o dwóch poprzednich, trochę ambitniejszych produkcjach, nie analizować, nie zastanawiać się nad sensem poszczególnych scen. Zrobić sobie popcorn z mikrofalówki, nalać gazowanego napoju i podejść do Paradoksu Cloverfield bez jakichkolwiek oczekiwań.

Jeśli szukaliście niezbyt wymagającego thrillera sci-fi, nie przeszkadzają Wam pojawiające się z „czapy” wątki i nie liczyliście na wyjaśnienie dwóch poprzednich filmów z serii – będziecie się dobrze bawić, szybko jednak o tym filmie zapomnicie. Po seansie rozumiem jednak dlaczego wytwórnia Paramount nie będzie wyświetlać tego filmu w kinach – jest za słaby, zdecydowanie najsłabszy z całej trójki. Podoba mi się to, jak na finale Super Bowl zagrał Netflix, szkoda tylko, że za wielkim zamieszaniem nie poszedł mocny film. Może następnym razem.