33

Film znów nie dorósł do pięt anime. Recenzja Death Note w serwisie Netflix

Wyobraźcie sobie, że nagle z nieba spada skórzany notatnik. Jeśli wpiszecie do niego czyjeś imię i nazwisko, ta osoba zginie. Co zrobilibyście z taką mocą? Zrealizowali prywatną zemstę czy spróbowali zmienić świat?

O takiej historii i takim dylemacie opowiada Notatnik Śmierci, który pojawił się w serwisie Netflix. Dla wielu osób będzie to po prostu kolejny tytuł stworzony dla Netfliksa, dla innych pierwsza naprawdę poważna adaptacja filmowa popularnej (dla niektórych kultowej) mangi i anime. Wspominam o tym przede wszystkim dlatego, że jeśli spodoba Wam się amerykańska opowieść, koniecznie sięgnijcie po oryginał. Obecny na Netfliksie Death Note nie jest bowiem adaptacją komiksu czy anime, to jednak dwa inne twory, które łączy sam notatnik oraz występujący w opowieści bohaterowie.

Z perspektywy postronnego widza

Nie mam pojęcia czym jest oryginalny Notatnik Śmierci – czy jest sens siadać do filmu w Netflix? Tak, znajomość mangi czy anime nie jest tu do niczego potrzebna, odpowiednie wprowadzenie pojawiło się już na zwiastunach.

I jeśli usiąść do Death Note z takiej właśnie perspektywy, to fajnie spędzone półtorej godziny (z hakiem). Gra aktorska nie jest może na jakimś specjalnie wysokim poziomie, ale zarówno Nat Wolff w roli Lighta Turnera, Margaret Qualley w roli jego dziewczyny czy Lakeith Stanfield jako ścigający ich L wypadli naprawdę dobrze. Przede wszystkim Wolff, któremu udało się oddać targające nastolatkiem emocje. Bo chyba nie zaspoiluję pisząc, że tytułowy Notatnik Śmierci wpadł w ręce właśnie Lighta Turnera i ta ogromna odpowiedzialność miała na niego i jego podejście do świata duży wpływ.

Podoba mi się klimat filmu, który jest trochę cięższy na początku, ale do samego końca trzyma odpowiedni poziom. Trzeba oczywiście pamiętać, że ciężko przenieść do filmu pewne schematy znane z anime, demon Ryuk trochę straszy a trochę śmieszy, na szczęście nie zapomniano o tym, że oba gatunki rządzą się własnymi prawami. Twórcy fajnie też operują zarówno kadrami jak i muzyką dźwiękową – dlatego z czysto estetycznego punktu widzenia to naprawdę fajnie zrealizowana produkcja. Nie zmieni branży, ale przyjemnie się na nią patrzy.

To powinien być serial

Notatnik Śmierci trwa godzinę i czterdzieści minut. Nie wyobrażam sobie, by zachował swoją dynamikę i nie zanudził widza gdyby trwał dłużej – w formie filmu. Problem w tym, że tu absolutnie każdy wątek wydaje się być jedynie dotknięty i w zasadzie wszystko można byłoby pokazać obszerniej. To streszczenie jest dla mnie największą wadą netfliksowego Death Note.

Optimum? Jeden sezon – 10 odcinków. Wtedy udałoby się odpowiednio rozbudować każdy z wątków, lepiej pokazać przemianę bohaterów i jeszcze lepiej zobrazować chęć zmieniania przez Turnera świata. Ba, można byłoby wyjaśnić pochodzenie notatnika, powiedzieć coś o jego poprzednich posiadaczach, skupić się bardziej na jego regułach, które w filmie pojawiają się dość często (znów jednak traktowane są po łebkach). Netflix bał się zaryzykować? Możliwe.

Do anime wciąż bardzo daleko

Dla jednych anime Death Note jest kultowe – sam do wyznawców się nie zaliczam, ale wspominam sesanse bardzo dobrze. Podobała mi się świetnie poprowadzona walka między głównym bohaterem a ścigającym Kirę L. To był prawdziwy pojedynek – niestety w filmie tego nie czuć, wszystko dzieje się za szybko. Wspomniałem, że obraz jest za krótki, a wiele wątków nie zostało należycie rozwiniętych. Jeśli spojrzycie na to przez pryzmat anime czy mangi, przepaść będzie wręcz ogromna i jestem prawie pewien, że dla fanów oryginału Notatnik Śmierci w serwisie Netflix okaże się rozczarowujący. Na szczęście Notatnikowi Śmierci nie zaszkodziło przeniesienie opowieści na grunt USA.

Werdykt

Zanim obejrzałem Notatnik Śmierci, znajomi powiedzieli mi, że nie warto. Dlatego też podchodziłem do Death Note z dużą rezerwą i ostudziłem emocje, które pojawiły się przy pierwszych zwiastunach filmu. Ba, mam w głowie naprawdę przeciętny Ghost in the Shell, który zgodnie z moimi oczekiwaniami okazał się produkcją niepotrzebną.

Czy Notatnik Śmierci w formie filmu w serwisie Netflix był potrzebny? Tak – to na pewno najlepsza filmowa adaptacja mangi i anime – a do nich Death Note nie miał wcześniej szczęścia. Jednocześnie Notatnik Śmierci jest za krótki i powinien być serialem. Z drugiej strony to ponad półtorej godziny fajnego, trzymającego w napięciu filmu z ciekawą i dość oryginalną jak na świat filmowy opowieścią. Gra aktorska jest na odpowiednim poziomie by do nikogo się nie przyczepić, mimo obaw obsada się udała. Coś więcej? No właśnie nic. Film jest po prostu w porządku i jeśli macie wolne dwie wieczorne godziny, warto go obejrzeć. Nic więcej – i dlatego szkoda, bo wiem, że wiele osób spodziewało się czegoś lepszego.