32

Film znów nie dorósł do pięt anime. Recenzja Death Note w serwisie Netflix

Wyobraźcie sobie, że nagle z nieba spada skórzany notatnik. Jeśli wpiszecie do niego czyjeś imię i nazwisko, ta osoba zginie. Co zrobilibyście z taką mocą? Zrealizowali prywatną zemstę czy spróbowali zmienić świat?

O takiej historii i takim dylemacie opowiada Notatnik Śmierci, który pojawił się w serwisie Netflix. Dla wielu osób będzie to po prostu kolejny tytuł stworzony dla Netfliksa, dla innych pierwsza naprawdę poważna adaptacja filmowa popularnej (dla niektórych kultowej) mangi i anime. Wspominam o tym przede wszystkim dlatego, że jeśli spodoba Wam się amerykańska opowieść, koniecznie sięgnijcie po oryginał. Obecny na Netfliksie Death Note nie jest bowiem adaptacją komiksu czy anime, to jednak dwa inne twory, które łączy sam notatnik oraz występujący w opowieści bohaterowie.

Z perspektywy postronnego widza

Nie mam pojęcia czym jest oryginalny Notatnik Śmierci – czy jest sens siadać do filmu w Netflix? Tak, znajomość mangi czy anime nie jest tu do niczego potrzebna, odpowiednie wprowadzenie pojawiło się już na zwiastunach.

I jeśli usiąść do Death Note z takiej właśnie perspektywy, to fajnie spędzone półtorej godziny (z hakiem). Gra aktorska nie jest może na jakimś specjalnie wysokim poziomie, ale zarówno Nat Wolff w roli Lighta Turnera, Margaret Qualley w roli jego dziewczyny czy Lakeith Stanfield jako ścigający ich L wypadli naprawdę dobrze. Przede wszystkim Wolff, któremu udało się oddać targające nastolatkiem emocje. Bo chyba nie zaspoiluję pisząc, że tytułowy Notatnik Śmierci wpadł w ręce właśnie Lighta Turnera i ta ogromna odpowiedzialność miała na niego i jego podejście do świata duży wpływ.

Podoba mi się klimat filmu, który jest trochę cięższy na początku, ale do samego końca trzyma odpowiedni poziom. Trzeba oczywiście pamiętać, że ciężko przenieść do filmu pewne schematy znane z anime, demon Ryuk trochę straszy a trochę śmieszy, na szczęście nie zapomniano o tym, że oba gatunki rządzą się własnymi prawami. Twórcy fajnie też operują zarówno kadrami jak i muzyką dźwiękową – dlatego z czysto estetycznego punktu widzenia to naprawdę fajnie zrealizowana produkcja. Nie zmieni branży, ale przyjemnie się na nią patrzy.

To powinien być serial

Notatnik Śmierci trwa godzinę i czterdzieści minut. Nie wyobrażam sobie, by zachował swoją dynamikę i nie zanudził widza gdyby trwał dłużej – w formie filmu. Problem w tym, że tu absolutnie każdy wątek wydaje się być jedynie dotknięty i w zasadzie wszystko można byłoby pokazać obszerniej. To streszczenie jest dla mnie największą wadą netfliksowego Death Note.

Optimum? Jeden sezon – 10 odcinków. Wtedy udałoby się odpowiednio rozbudować każdy z wątków, lepiej pokazać przemianę bohaterów i jeszcze lepiej zobrazować chęć zmieniania przez Turnera świata. Ba, można byłoby wyjaśnić pochodzenie notatnika, powiedzieć coś o jego poprzednich posiadaczach, skupić się bardziej na jego regułach, które w filmie pojawiają się dość często (znów jednak traktowane są po łebkach). Netflix bał się zaryzykować? Możliwe.

Do anime wciąż bardzo daleko

Dla jednych anime Death Note jest kultowe – sam do wyznawców się nie zaliczam, ale wspominam sesanse bardzo dobrze. Podobała mi się świetnie poprowadzona walka między głównym bohaterem a ścigającym Kirę L. To był prawdziwy pojedynek – niestety w filmie tego nie czuć, wszystko dzieje się za szybko. Wspomniałem, że obraz jest za krótki, a wiele wątków nie zostało należycie rozwiniętych. Jeśli spojrzycie na to przez pryzmat anime czy mangi, przepaść będzie wręcz ogromna i jestem prawie pewien, że dla fanów oryginału Notatnik Śmierci w serwisie Netflix okaże się rozczarowujący. Na szczęście Notatnikowi Śmierci nie zaszkodziło przeniesienie opowieści na grunt USA.

Werdykt

Zanim obejrzałem Notatnik Śmierci, znajomi powiedzieli mi, że nie warto. Dlatego też podchodziłem do Death Note z dużą rezerwą i ostudziłem emocje, które pojawiły się przy pierwszych zwiastunach filmu. Ba, mam w głowie naprawdę przeciętny Ghost in the Shell, który zgodnie z moimi oczekiwaniami okazał się produkcją niepotrzebną.

Czy Notatnik Śmierci w formie filmu w serwisie Netflix był potrzebny? Tak – to na pewno najlepsza filmowa adaptacja mangi i anime – a do nich Death Note nie miał wcześniej szczęścia. Jednocześnie Notatnik Śmierci jest za krótki i powinien być serialem. Z drugiej strony to ponad półtorej godziny fajnego, trzymającego w napięciu filmu z ciekawą i dość oryginalną jak na świat filmowy opowieścią. Gra aktorska jest na odpowiednim poziomie by do nikogo się nie przyczepić, mimo obaw obsada się udała. Coś więcej? No właśnie nic. Film jest po prostu w porządku i jeśli macie wolne dwie wieczorne godziny, warto go obejrzeć. Nic więcej – i dlatego szkoda, bo wiem, że wiele osób spodziewało się czegoś lepszego.

  • A mnie się nawet podobał ten film.

    • Mi też :)
      Ale jednak do poziomu anime bardzo daleko.

    • Karol Hamann

      Wcale nie jest bardzo daleko, anime jest najwyżej średnie.

    • Przez to, że anime dokładniej opowiada pewne wątki i jest czas na ich bardziej naturalny rozwój to tak, film jest daleko. Co mi się nie podoba:
      – Zabrakło retrospekcji (choćby w formie migawek) na początku dlaczego Light jest tak mocno zdołowany i czamu tak bardzo nienawidzi świata, a raczej uważa że jest zgniły,
      – Za szybko się uspokoił po pierwszych piskach,
      – Za łatwo i za szybko Mia poznała sekret Lighta,
      – Ryuk – tak fajny, a tak mało go było,
      – L – był zbyt dziwny / obcy jak na standardy Hollywoodu (tu się trochę czepiam),
      – Za mało widoczny był wpływ działać Lighta na świat – twórcy mogli pokusić się o wprowadzenie dalej idących zmian gdzie Light zabija nie tylko przestępców, ale również dyktatorów czy terrorystów co miałoby mieć bardzo duży wpływ na świat.

      Co mi się podobało? Cała reszta ^^

      Ogólnie zgadzam się z tezą, że najlepszym co mogliby zrobić to nagranie jednego sezony 10 odcinkowego – ew. 3 odcinkowego po 1.5h każdy.

    • Karol Hamann

      Nie no, film jest tragiczny, zakładałem od początku, ale że nie wypali, miałem nadzieje, że wypadnie lepiej od oryginału bo ten nie jest wcale taki nadzwyczajny.

    • Wypadł lepiej niż Japońskie live action ;)

    • Adam

      Nie masz racji

    • Karol Hamann

      Fajnie wiedzieć, jeszcze nie obraziłbym się gdybyś napisał w czym się mylę i jak jest naprawdę.

    • Darek B.

      Ja tam nie rozumiem popularności tego anime – tzn. rozumiem że ludziom podobają się po prostu głupoty.
      Fabuła death note jest przekręcana jak w wenezuelskich telenowelach i wymyślana chyba była na poczekaniu poprzez dodawania za przeproszeniem „z dupy” różnych reguł korzystania z notatnika….

    • Karol Hamann

      Mi nie musisz tego tłumaczyć. Fani DN mnie nienawidzą od 10 lat :P

    • YY

      to w takim razie film ma poziom Kac Wawa

    • YY

      Ja dawno nie byłem tak zażenowany… film nie umywa się do anime i samodzielnie też się nie broni.
      Kira to typowy głupi nastolatek, natomiast L nie panuje nad emocjami… aż żal patrzeć.

  • Nose4s✓ᵛᵉʳᶦᶠᶦᵉᵈ

    A kiedy podejdziesz do tego z punktu widzenia fana anime… L w butach… już samo to…

  • Mi się bardzo podobał ten film, choć czułem (nie oglądając anime), że akcja toczy się bardzo szybko. Też myślałem, że będzie to serial :(

  • Mateusz

    Oglądałem DN w piątek wieczorem i po zakończeniu seansu miałem dość mieszane wrażenia. Najlepszą rzeczą w filmowej adaptacji był bez wątpienia Ryuk, którego Dafoe wykreował perfekcyjnie. Light i L byli wykreowani całkiem nieźle, aczkolwiek Mia była szalenie irytująca praktycznie przez cały film. Niestety oglądałem wcześniej anime i mimo, że od filmu nie oczekiwałem przeniesienia oryginału 1:1 tak srogo się zawiodłem. No i te zgody rodem z oszukać przeznaczenie.
    Po pierwsze postacie spłycone i zamerykanizowane na maksa. Light w oryginale był szalenie inteligenty, potrafił manipulować ludźmi i di tego nie miał skrupułów. Podręcznikowy przykład psychopaty z kompleksem boga. L z kolei był dziwakiem, również bardzo inteligentnym myślącym nieszablonowo. Oś fabuły opierała się na grze psychologicznej obu postaci. Niestety tu wszystko wrzucono za szybko, a bohaterowie zostali obdarci z cech, które czyniły ich tak unikalnymi.

    Ogólnie tragedii nie było, na piątkowy wieczór jak znalazł. Jako adaptacja dała ciała po całości, jako samodzielna produkcja daje radę, ledwo ale daje. Faktycznie format filmu zdusił cały potencjał tej produkcji.

    • YY

      Jak dla mnie Light i L to tragedia. Dwójka wojujących dzieciaków nie panujących nad emocjami. Oryginalnie byli wyrachowanymi geniuszami.

    • Mateusz

      Też z początku miałem takie wrażenie, ale to przez to że praktycznie nie ma w ogóle żadnego ich rozwoju przez absurdalnie skompresowaną fabułę. Nazwiska scenarzystów powinny znaleźć się w tytułowym notatniku :/

  • SeverianPL

    Czyli siadając jako laik nie powinien być rozczarowany?

    • MikeU

      zobaczyc można ale jak to mowia „dupy nie urywa”

    • Zależy czego oczekujesz. Jest lepiej niż w przypadku Assasin’s Creed i Aeon Flux. Jeśli miałbym przyrównać odczucia do czegoś to byłby to Ghost in The Shell. Mam oczywiście na myśli oglądanie tego jako zupełny laik lub odcinając się zupełnie od pierwowzoru bo jeśli by się patrzeć na oryginały to żadna z tych produkcji do pięt nie sięga choć oryginał nie każdemu musi odpowiadać. To jest trochę jak z The Ring – japoński jest świetny, amerykański średni, ale daje radę – jeśli porównać obie do siebie to oryginał wygrywa, ale tylko pod warunkiem, że nie jest się uczulonym na kino spoza USA. Inaczej pisząc – jak na standardy USA to Netflixowy Death Note jest niezły, ale hitem nie będzie – uplasowałbym go jednak w lepszej połowie Hollywodzkich hitów ostatnich lat niż gorszej.

    • YY

      Powinieneś:) Samodzielnie film też się nie broni. Kolejna baja dla nastolatków z dialogami na adekwatnym poziomie.

    • SeverianPL

      W sumie masz rację. Oczywiście sprawdziłem :) i rzeczywiście niczego mi nie urwało (no może poza kilkudziesięcioma minutami życia). Nawet mnie drażniło spłaszczenie postaci i symboliczy zarys ich tła/osobowości. Samo zakończenie wywołało jedynie głośne „To już?!”.
      Ogólnie sama koncepcja niezła (i zakładam, ze pierwowzór ładnie pokazuje przemiany bohatera, zaciskającą się pętlę i wewnętrzne konflikty), ale przeskoki typu „bum! 400 nie żyje” były dość irytujące.

  • golem14

    10 odcinków ! Przesadzasz – 3 by wystarczyły, no chyba, że Ci się marzy coś na kształt „Gry o tron” – niekończący się serial.
    Pewnie się ich doczekasz, mam ostatnio wrażenie, że Netflix robi fabułę na wabia, jako pilot serialu. W DN też przecież masz cliffhangera. Podobne odczucia mam co do Świętego, którego oglądałem ze dwa dni wcześniej.

  • „To powinien być serial”
    mam podobne wrażenie

  • Ymnytor

    Nie ma sensu chyba adaptować mang do filmów. Od tego jest właśnie anime, aby została ta bajkowa otoczka, a nie filmowe sztuczki w japońskimm klimacie.

    • łukasz Jedryszczyk

      Polecam też japońska wersje filmową też lepsza

    • YY

      Kij z kolorem skóry – Jak mogli zmienić gościa, który zawsze trzymał nerwy na wodzy i nigdy nie okazywał emocji w płaczliwego gówniarza, który traci nad sobą panowanie.

    • Ymnytor

      Jeszcze usunęli kilka innych wątków. Ja Death Note (anime) oglądałem dawno, ale pamiętam to raczej jako coś co miało przedstawić myślenie i taktyczną walkę pomiędzy Kirą, a L, a tu na to nie zwrócono w ogóle uwagi

  • łukasz Jedryszczyk

    Mu nawet brakuje do japońskiej wersji filomwej a co dopiero do anime

  • L

    Jestem w trakcie oglądania dla laika film może wypasc całkiem spoko ale dla fana serii anime…come on nie dorasta nawet do pięt light’a🙂 Muzyka ,niesamowite wręcz zwroty akcji oraz perfekcja studia Mad House są nie do zastąpienia.

  • YY

    Ten film jest totalnie do dupy. Najgorsza adaptacja jaka powstała (wliczając w to wszystkie spin-offy).
    Maksymalnie uproszczona fabuła. Wątek miłosny z łatwym do przewidzenia zakończeniem (czyt. jedno zabije drugie). Drastyczna zmiana psychiki bohaterów. Kira został wrzeszczącym lamusem, a L dzieciakiem, który nie radzi sobie z emocjami. I twórcy nie pokazali dosłownie żadnych więzi pomiędzy bohaterami… wszystko było nakreślone tak grubą krechą, że aż żal…

  • Wkurzała mnie sama postać Lighta i L. Oboje byli przeciwienstwem pierwowzoru. Light był znudzony wszstkim a notatnik był dla niego nowa rozrwką. L stracil totalnie panowanie, co bylo do niego nie podobne, no i dodatkowe zasady w notatniku, jak to, ze tylko jeden opiekun dziennika widzi Ryu, ktory swoja droga dobrze podlozony mial smiech i face acting.