back to the 80s
4

Popkulturowy nawrót lat 80 trwa. To męczące, ale czasem warto zrobić wyjątek

Nostalgia to rzecz, która potrafi wybielić nawet najgorsze czasy. Zapominamy o tym co było złe, mimowolnie skupiamy się tylko na tych dobrych aspektach i... to naprawdę działa. A kiedy te chwile wypadają w dzieciństwie / wczesnej młodości gdy z naszej perspektywy życie było dziecinnie proste, wszystko staje się jeszcze lepsze. Oranżada jest bardziej słodka, zabawki niezniszczalne, a filmy nie do podrobienia. Tylko że to nie do końca prawda, a ostatnie lata bazowania współczesnych twórców popkulturowych na tej nostalgii i motywach z lat 80 i 90 w ostatnich latach to przesada. Jest tego na tyle dużo, że nawet ja, który uwielbia wracać do tamtych czasów (w formie gier, filmów czy seriali) mówi basta. Choć głównie tym szybkim skokom na nasze pieniądze...

Hej, to nie jest moja nostalgia!

Pamiętam doskonale czasy, kiedy na rynku już w czasach HD zaczęły nieśmiało pojawiać się rozpikselowane gry. Pierwszą dużą premierą tego typu był prawdopodobnie przesympatyczny brawler Scott Pilgrim vs. the World. Później pojawiły się te platformówki na modłę 8- i 16-bitowych hitów (bez kompletnego zrozumienia medium i tamtejszych ograniczeń, większość z nich do niczego się nie nadawała). A skoro tak dobrze nostalgia sprzedawała się w świecie gier wideo, to trzeba było też uderzyć z nią na małe i duże ekrany. Klasyczne, nierzadko przegięte, motywy z tamtych lat idealnie skoncentrował w sobie film Kung Fury: Pięści czasu. 30-minutowe widowisko, zrobione z jajem i dystansem, to komedia która działa.

Polscy widzowie, nawet jeżeli na co dzień unikają materiałów z lektorem, rozkochali się w wersji czytanej przez Tomasza Knapika. Niestety — to zabieg, który dla mnie zadziałał jednorazowo… choć nie wykluczam, że po prostu nie trafiłem jeszcze na konkurenta, który mógłby równać się z nim klasą. Patrząc na szał który wywołuje serial Stranger Things nie mogę się nadziwić. Bo naprawdę nie wiem skąd wzięła się tak szalona popularność serii. Tęsknota za minionymi czasami? A może tęsknota do rodzinnych filmów przygodowych, których wtedy powstawało wyjątkowo dużo? Nie mam pojęcia, ale nachalna maszyna marketingowa i wszechobecna ekscytacja zdążyły mi go wyjątkowo obrzydzić. Po skończeniu pierwszego sezonu już wiedziałem, że te motywy na mnie nie zadziałały, bo ja wciąż wracam do klasyki. I jednak zamiast ST wybieram Goonies, The Wizard, Ghostbusters czy The Breakfast Club. Ale seria okazała się prawdziwym hitem i na swój sposób mnie to cieszy. Tym bardziej, że to jeden z przedstawicieli popkultury bazujących na motywach sprzed lat, który robi to naprawdę ze smakiem.

Zbyt dużo, zbyt nachalnie…

Kickstarterowy boom przyniósł nam dużo świeżej popkultury która ma być „duchowym spadkobiercą” klasyki, albo nowym podejściem do znanych pomysłów. Czytając zapowiedź trzeciej gry w tygodniu która obiecuje być wehikułem czasu tylko przewracałem oczami, bo naprawdę — ile można? Tym bardziej że, zgodnie z przewidywaniami, wiele (większość?) tych prób to jedno wielkie nieporozumienie, które skutkowało dużym niezadowoleniem fanów wspierających projekt we wszelkiej maści serwisach crowdfundingowych.

Lata ’80 to czas na swój sposób magiczny. Dla nas, Polaków, to czas kaset VHS, kaset magnetofonowych, małego Atari i sprzętów Commodore. Ale trzeba wziąć pod uwagę, że Amerykanie, Niemcy czy Brytyjczycy ten czas nie musi oznaczać tego samego — i w większości przypadków faktycznie tak jest!

Piksele też mogą być fajne. Ale nie bójmy się być krytyczni

To nie jest tak, że neguję wszystkie dzieła, które sięgają do tego co było. Nie, absolutnie nie — po prostu przez ten przesyt podchodzę do nich bardzo ostrożnie, by nie stać się niewolnikiem nostalgii. Bo dodanie synthwave w ścieżce muzycznej i rozmycie kolorów wcale nie sprawi, że film nagle będzie „z lat 80”. To samo z grami — chiptune i pikselki nie uczynią gry „starą”.

Warto więc zrobić przesiew i sprawdzić co jest grane. Bo i tam można znaleźć naprawdę fajne dzieła. Synthwave może być super, chiptune może być super. Ba, piksele też nie przekreślają u mnie gier. Idealnym tego przykładem jest Crossing Souls od hiszpańskiego studia Fourattic, do którego podchodziłem z dużą nieufnością. Jak się okazało — niepotrzebnie. Wielka przygoda w klimacie filmów familijnych lat 80, duży świat, motywy za które pokochaliśmy tamte dzieła (tak, są BMX i domki na drzewach!) — wszystko to dawkowane w odpowiednich dozach, bez przegięć, z pomysłem i smakiem.

Jak widać — wszystko się da. Bo nawet kiedy sięgamy do przeszłości która „i tak się sprzeda”, należy robić to z szacunkiem i pomysłem. Z szacunku dla źródeł, ale też samych odbiorców, którzy zasługują na coś więcej. Dlatego nie bójmy się krytykować i nie brać wszystkiego na ślepo — a warto próbować nowości, bo można się bardzo pozytywnie zaskoczyć. I Crossing Souls jest tego idealnym przykładem…

Grafika