45

Popsuliśmy rynek gier. Ja, Wy – my wszyscy

Ubisoft dołącza do specyficznego grona wydawców, które potrafi zarobić więcej na wewnętrznych transakcjach w grze niż na cyfrowej sprzedaży pełnego produktu. Niedawno czytałem podobne wieści o Take-Two. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że sami jesteśmy sobie winni.

Nienawidzę mikrotransakcji

Zakupy wewnątrz aplikacji to coś, co zawsze kojarzyło mi się z darmowymi grami mobilnymi. Dokładnie tymi, od których od razu się odbijałem i starałem się je omijać szerokim łukiem. W związku z tym zawsze wybierałem pozycje płatne, ale pozbawione wewnętrznych zakupów. Moim zdaniem to fair w stosunku do wszystkich, a i frajda z zabawy jest większa. Naciąłem się natomiast kiedyś na jednej z części gry Asphalt – kupiłem pełną wersję, która następnie stała się darmowa i postawiła na wewnętrzne zakupy. O ile jednak na rynku mobilnym to dziś coś normalnego, to w klasycznych grach wciąż jest nowością. W dodatku irytującą.

Kiedy płacę za jakąś produkcję kilkaset złotych, oczekuję pełnej gry bez konieczności dokupowania czegokolwiek. Owszem, czasem skuszę się na DLC (dodatki, często płatne), ale tylko jeśli czuję, że nie jest to zawartość wycięta z gry, a faktyczne jej rozszerzenie. Doskonałym przykładem są tu dodatki do Wiedźmina 3, które śmiało mogłyby konkurować z normalnymi grami. Natomiast bolało kiedy EA sprzedawało pierwsze Star Wars Battlefront praktycznie w kawałkach, podobnie chciało zrobić z częścią drugą. Gracze w wersji beta BF2 wyrazili niezadowolenie i firma obiecała poprawę. Czy tak się stanie? Zobaczymy już niedługo.

To będzie się rozwijać

Niedawno duży wydawca Take-Two poinformował, że dochody z mikrotransakcji stanowiły prawie połowę całego przychodu netto firmy za ostatni kwartał. Kolejny duży wydawca, Ubisoft, poinformował właśnie, że zarobki z mikrotransakcji pozwoliły firmie zarobić ponad 200 milionów dolarów w pierwszej połowie roku fiskalnego. Chodzi o dostępną do zakupu zawartość wewnątrz gry oraz dodatki, przepustki sezonowe i subskrypcje. To aż 51% całej cyfrowej sprzedaży Ubisoftu – innymi słowy, wpływy z mikrotransakcji przewyższyły cyfrową sprzedaż samych gier.

Sami jesteśmy sobie winni

Ubisoft sam sobie tego nie wymyślił. Nie nagiął wyników, nikogo do niczego nie namawiał. Ma mechanizmy sprzedaży dodatków do gier, paczek czy wirtualnych przedmiotów. Nie zarabiałby na nich gdyby gracze za nie nie płacili. Oczywiście rozumiem, że kiedy jest to potrzebne do przyjemniejszej gry, dodatkowy mały wydatek nie boli. Natomiast można to zbojkotować, nie korzystać z mikrotransakcji, a gdy te psują zabawę, nie kupować samej gry. Wygląda jednak na to, że na takie praktyki oburzają się media, a gracze jak zaczarowani otwierają portfele, wyciągają karty kredytowe i kupują bez zastanowienia.

Na nic więc zdaje się obniżanie grom ocen za wewnętrzne zakupy, na nic lamentowanie nad pobieraniem dodatkowych opłat za zabawę. Skoro gracze tego chcą, to to dostaną.Tylko głupi nie chciałby dodatkowo zarobić jeśli jest ku temu okazja. A uwierzcie mi, wśród osób decyzyjnych u dużych wydawców głupków nie ma i jestem pewien, że skoro gracze dają się doić, będą dojeni jeszcze bardziej.

Co możemy zrobić?

Na dobrą sprawę nic. Widziałem już w sieci niejedną petycję, o której było głośno w growych mediach, natomiast ich efekty były mizerne. Zawsze można głosować portfelem i nie kupić gry, obawiam się jednak że większość graczy wzrusza po prostu ramionami i przyjmuje takie mikrotransakcje jako coś normalnego. I podejrzewam, że któregoś dnia to będzie coś „normalnego”, udowadnia to chociażby Microsoft przy okazji Forza Motorsport 7. Karty i paczki zabiły przyjemność z rozwijania i szlifowania umiejętności. No bo jak inaczej nazwać sytuację, kiedy można się wspomóc kartami czy paczkami kupowanymi za realną walutę? Ja rozumiem, że to droga na skróty dla osób, które chcą się świetnie bawić, a nie mają tak dużo czasu na grę. Cierpią na tym jednak fani, którzy od lat wspierali producentów i znów chcieli dostać po prostu dobrą, pełną, dającą satysfakcje produkcję.

źródło