42

„Nie dajcie się zacipować!”. A może już się daliśmy?

Kiedy Ivo A. Benda w połowie lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku założył niezwykle osobliwy ruch religijny, wierzył że władzę nad światem chcą przejąć "ludzie - jaszczury". Po nieco ponad dwóch dekadach od tego faktu doskonale wiadomo, że gadzie istoty nie są naszym największym problemem. Lęk, który napędził powstanie "Aniołów Nieba" ma bardziej ludzkie oblicze.

Lider tego ruchu religijnego miał doznać „wizji”, albo jak on to nazywa „odbył telepatyczne połączenie ze swoimi przyjaciółmi z kosmosu”, którzy krążą nad ziemską orbitą i w odpowiednim momencie zabiorą wyznawców (dobrych ludzi) w międzygalaktyczną podróż, dzięki czemu ochronią się oni przed „ludźmi – jaszczurami”. Jednym z elementów przejmowania przez nich władzy na Ziemi jest chęć „zachipowania” całego gatunku ludzkiego, by sprawować nad nim pełną kontrolę. Wyznawcy „Aniołów Nieba” podważają system pieniężny oraz uważają mass media za plugawe – co wcale nie przeszkadza im w nich funkcjonować. Swego czasu prowadzili oni nawet kampanię spamerską, w której zasypywali skrzynki mailowe wezwaniami do „przebudzenia”.

Nie trzeba być geniuszem, by uznać wizje Bendy za niedorzeczne. Groteskowa strona internetowa ruchu religijnego oraz kolorowe ulotki (znane są przypadki z Krakowa oraz Warszawy – teksty były nieudolnie tłumaczone Google Translatorem, podobnie jak i strona) wcale nie odstraszyły dosłownie wszystkich: Benda może pochwalić się (niewielką, ale jednak) grupką wyznawców. Z powodzeniem można postawić go w jednym szeregu obok Jezusa Chrystusa z Opola, który leczy i doradza przez telefon.

anioły nieba, władza

Ten wpis nie będzie jednak dotyczył Aniołów Nieba oraz Bendy

Zacząłem od „Aniołów Nieba” tylko dlatego, że są bodaj najbardziej rozpoznawalnym ruchem, którego motywem powstania jest lęk przed kontrolą oraz „kosmiczną katastrofą”. Strach w ogóle jest świetnym katalizatorem ku podjęciu pewnych działań. Na co dzień jednak nie boimy się tego, że zostaniemy zniewoleni: społeczeństwa w naszym kręgu kulturowym zasadniczo czują się wolne – możemy swobodnie się przemieszczać, wydawać pieniądze na co chcemy, zakładać działalności gospodarcze, tworzyć rodziny, a nawet starać się o objęcie władzy w demokratycznych systemach. Czy jesteśmy poddawani jakiejkolwiek kontroli? I choć tego nie odczuwamy cały czas, to głębsza refleksja nad tym skłoni nas do odpowiedzi twierdzącej.

Ludzkość zasadniczo zawsze potrzebowała jakiejś formy kontroli. Stworzenie kultury wymagało ustanowienia pewnych praw, obowiązków oraz sankcji za społecznie nieakceptowane zachowanie. Celem tego było zachowanie równowagi oraz utrzymanie prawomocności obowiązującego systemu. To jest akurat proste. Szybko jednak zauważono, że cywilizacja solidaryzuje się, gdy kieruje się wspólnym dla wszystkich, atrakcyjnym celem. Jako że ludzie bardzo potrzebują „w coś wierzyć”, szybko pojawiły się pierwsze religie, które za dobre zachowanie nagradzały (najczęściej dobrym życiem po śmierci), a za złe – karały (często „złym” życiem po śmierci).

Religia, oprócz funkcji spoiwa dla społeczeństwa, była również elementem regulującym życie jednostek. Dobrym przykładem obrazującym ów fakt jest powód, dla którego w Islamie obowiązuje tabu pokarmowe dotyczące wieprzowiny. Wcale nie wynika ono z zapisów w Koranie: po pierwsze, w czasach gwałtownego rozwoju tej religii bardzo często chorowano na włośnicę (powodowaną przez pasożyty), którą można było się zarazić właśnie jedząc mięso świń. Dlaczego? Bo te nie były zbyt wybredne i zdarzało się, że zjadały swoje odchody. Dodajmy do tego fakt, że świń nie można było doić, nie nadawały się na zwierzęta pociągowe, a i nie pasowały do koczowniczego stylu życia. Z tego względu wprowadzono tabu pokarmowe, wedle którego spożywanie wieprzowiny zostało zakazane, pod sankcją religijną.

the wall

Jak to się ma do technologii?

Przydługi wstęp jest w tym przypadku potrzebny. Jeżeli Wam się nie podoba, to ogromnie za niego przepraszam i obiecuję poprawę. Opowiedziałem Wam pokrótce o kontroli społeczeństwa, o „Aniołach Nieba”, o religiach, ale nie przeszedłem jeszcze do sedna. Skompilujmy to wszystko i zastanówmy się, czego tak naprawdę bał się Ivo A. Benda. Przełóżmy to na pewne społeczne prawidła, które znalazły potwierdzenie w trakcie tysięcy lat istnienia cywilizacji. Wniosek jest prosty – potrzebujemy swego rodzaju kontroli, choć jednocześnie się jej boimy. Co dzisiaj stanowi dla nas synonim „ucisku”?

Co jest w życiu najcenniejsze?

Wiecie, bardzo lubię rozmawiać z ludźmi, a jeszcze bardziej zadawać im pytania. Postanowiłem więc, że w trakcie luźnych pogawędek z przeróżnymi personami będę atakować ich pytaniem z nagłówka. „Co jest w życiu najcenniejsze?” – uzyskiwałem naprawdę różne odpowiedzi. Wkrótce musiałem nieco zawęzić krąg możliwych odpowiedzi, bo cały czas słyszałem: „rodzina”, „zdrowie”, „szczęście”. Takie wskazania nie były złe – mnie zależało jednak na czym innym.

Wtedy otrzymywałem już ciekawsze reakcje. Raz padło nawet stwierdzenie, że „najcenniejszy jest kredyt hipoteczny”. Cwane, ale nie o to mi chodziło. Wreszcie się doczekałem, że ktoś powiedział: „informacja”. Zgodzicie się? Informacja jest cholernie cenna: pozwoli nam się wzbogacić, uniknąć przykrych konsekwencji lub uzyskać jakąkolwiek inną korzyść. Można by było powiedzieć, że wartość informacji samej w sobie już bardzo się zdewaluowała z uwagi na powszechność dostępu do niej. Nic bardziej mylnego.

Dodam tylko, że odpowiedzi „informacja” udzielił mi… polityk. Co prawda samorządowy, ale jednak.

Zuckerberg

Nieświadomość jest błogosławieństwem

Patrząc na najważniejsze firmy technologiczne na świecie trudno jest oprzeć się wrażeniu, że informacja jest niesamowicie cenna. Szczególnie, jeżeli ta dotyczy ludzi. Szpiedzy z czasów zimnej wojny nie mogli nawet marzyć o tym, co dzieje się teraz. W rękach kilku przedsiębiorstw związanych mocno z internetem znajduje się tak niebotyczna ilość informacji, że cały czas myśli się o dostawianiu kolejnych centrów danych lub optymalizacji już zgromadzonych porcji. Co więcej, ludzie bardzo chętnie oddają informacje o sobie niemalże za nic. I co gorsza, bardzo rzadko zdają sobie z tego sprawę.

Posłużę się tutaj kolejnym przykładem z życia. Zapytałem swoją babcię, która jest niezwykle aktywna w mediach społecznościowych (na swój sposób – uwielbia Candy Crush Saga i „Magiczną Krainę Grażyny” – nie oceniam), czy wie na czym zarabia Facebook. I wiecie co? Miała problem z tym, aby wskazać jakiekolwiek źródło przychodu tego serwisu społecznościowego. Na pytanie: „Czy wiesz, że codziennie płacisz Facebookowi” odpowiedziała: „nie”. Ale temat ją zainteresował, bo nieco wywrócił jej dotychczasowe wyobrażenie Facebooka jako firmy (lub stworzył zupełnie nowe, bo innego nie było).

My jeszcze mamy o tyle fajnie, że żyjemy w bańce informacyjnej, która tematy okołotechnologiczne świetnie chłonie i rozumiemy zjawiska zachodzące w tym środowisku. Ale uwierzcie mi, że stanowimy pewną „mniejszość”. Staram się nie opierać wrażeniu, że moje zainteresowanie technologiami uchodzi za ogólną normę, choć sporo moich znajomych ma ze mną wiele wspólnych tematów. Popatrzmy jednak nieco dalej i okaże się, że… ludzie mają głęboko gdzieś na czym zarabia Facebook. Są kompletnie nieświadomi ceny, jaką płacą za to, że raz na jakiś czas wrzucą sobie zdjęcie na swoją tablicę, skomentują post kolegi / koleżanki, albo za możliwość rozmowy przez komunikator. Dla tych ludzi usługa sama w sobie jest darmowa. Bo prawdopodobnie nie znają ceny informacji.

Mało tego, mogą nie rozumieć pojęcia „fake newsa” i być podatni na manipulacje ze strony grup politycznych, które bardzo chętnie majstrują przy społecznych nastrojach. Klikną we wszystko, co im się podsunie. Dzieci w Afryce głodują? Lajk wystarczy – jeden lajk, jeden posiłek. Walka ze wścieklizną? Jeden lajk, jedna szczepionka. I tak dalej i tak dalej.

oko

Kontrola jest? Jest. Tylko gdzie te czipy?!

Czipów nie ma, są smartfony. Ludzie otrzymali dostęp do ogromnej ilości usług, które są „darmowe”. Przyjęli je jak coś, co im się żywnie należy – choćby dlatego, że każdy z nas „ma prawo” do partycypowania w powszechnym postępie cywilizacyjnym. Przeklikujemy się niemalże bezmyślnie przez regulaminy dostępu do platform, podajemy mnóstwo swoich danych, właściwie dobrowolnie uważając, że robimy dobrze. Bo przecież tak robią wszyscy.

A jeżeli znajdzie się ktoś, kto w tym systemie nie chce uczestniczyć, lub robi to w sposób niepełny, skazuje się na swego rodzaju ostracyzm. Nieposiadanie konta na Facebooku jest dla nas „dziwne”, szybko oceniamy takich ludzi jako mniej towarzyskich oraz zamkniętych w sobie. Brak znajomości obsługi komputera lub smartfona to już z kolei pełne wykluczenie cyfrowe, które skutecznie utrudnia nam funkcjonowanie w społeczeństwie. W grupach rówieśniczych brak zainteresowania YouTube’em lub Snapchatem powoduje, że jednostka dołącza do grona outsiderów. Ludzie w ogromnej większości są konformistami, więc niestety, ale dołączają do owczego pędu.

A zatem, społeczeństwo posiada pewne mechanizmy samoregulacji. Są one wymagane do tego, aby tworzyć w miarę jednolite i co ważne – stabilne grupy. Ci, którzy nie trzymają się ogólnie akceptowanych zasad muszą liczyć się z pewnymi kompromisami lub sankcjami. Serwisy społecznościowe świetnie to wykorzystują i… Zuckerberg doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że ludzie (w większości) w tym momencie nie wyobrażają sobie życia bez choćby jednego wejścia dziennie do jego serwisu. I nawet ostatnie afery nie spowodują, że nagle wszyscy zabiorą swoje zabawki i postanowią kontynuować swoje życie bez dobowej dawki narcyzmu.

ziemia

Czy Benda miał rację?

Guzik miał, a nie rację. Nie wiadomo do dziś dlaczego wpadł na pomysł stworzenia tego ruchu religijnego. Jedni twierdzą, że to z powodu udaru, który rzekomo przeszedł na krótko przed założeniem „Aniołów Nieba” (jest to informacja niepotwierdzona, weźcie to pod uwagę), drudzy natomiast całą winę zwalają na różnorakie środki psychoaktywne, które miały uczynić z mózgu Bendy coś na wzór durszlaka. Cokolwiek go do tego nie skłoniło – w jednym się z nim zgodzę. Kontroli należy się obawiać, ale wcale nie trzeba jej szukać w kosmosie. Odkąd istnieje cywilizacja, największym zagrożeniem dla ludzi byli… oni sami.

Od zarania dziejów baliśmy się tego co nieznane. Jeszcze nieco ponad 30 lat temu ludzie w Prypeci oraz Czarnobylu nie rozumieli dlaczego muszą wynieść się ze swoich domów, ale bali się. Bo mogło zabić ich coś, czego nie da się pojąć przydanym nam zmysłami. Cywilizacje z reguły obawiały się tego, co jest niezdatne do zrozumienia i albo nazywały to „czarami”, albo „cudami”. Dzisiaj wiadomo, że sporo z tego to nie cuda, tylko zwyczajnie niedopowiedzenia.

Ale w pewnych warunkach okazuje się, że lepiej jest być nieświadomym. Wisława Szymborska napisała kiedyś: „Głupota nie jest śmieszna. Mądrość nie jest wesoła”. Nawet posiadanie wiedzy o tym jak świat działa obecnie nie powoduje, że czujemy się lepiej. Ale już jej brak może być przyczyną mniejszej ilości zmartwień, choć to też nie jest stan absolutnie pożądany. Może jakaś prognoza na koniec? Co będzie dalej? Dokąd ten świat zmierza? Będę z Wami szczery: nie wiem. Jestem natomiast pewien, że mimo iż nie zgadzamy się z pewnymi zjawiskami, będziemy musieli je zaakceptować. Inaczej skażemy się na wspomniane już wyżej „wykluczenie”.