porn tube pornografia
59

Net neutrality mało kogo interesuje. Ludzie wyjdą na ulice, gdy zniknie darmowe porno

To bardzo zła decyzja i kiepska informacja dla internautów - nie tylko w USA. W taki sposób komentowano zmiany, jakie przeprowadza FCC, czyli Federalna Komisja Łączności Stanów Zjednoczonych. Chodzi o tzw. net neutrality, czyli zasadę dającą ludziom równy dostęp do zasobów Sieci. Dzięki niej dostawcy Internetu nie mogą ograniczać prędkości łącza czy blokować dostępu do stron, jeśli działają one zgodnie z prawem. Nowe przepisy to prawdopodobnie zapowiedź wzrostu cen, a w niektórych przypadkach blokady stron, pojawienia się cenzury. Czy ludzie przyjmą to ze zrozumieniem i spokojem? To zależy - na ulice może ich wyciągnąć np. zamach na darmowe porno, które dzisiaj króluje w Sieci...

Porno zawsze idzie pod rękę z nowymi technologiami, na ten temat napisano sporo artykułów, powstała nawet interesująca książka zgłębiająca zagadnienie. Nie brakuje opinii, że Internet też rozwijał się szybko za sprawą treści dla dorosłych: darmowych i powszechnie dostępnych. Co więcej, z przymrużeniem oka przekonuje się, że era smartfonów, dużych ekranów w tych urządzeniach, nadeszła głównie dlatego, że umożliwiała wygodną „konsumpcję” materiałów XXX w każdych okolicznościach przyrody.

Piszę o tym, ponieważ trafiłem na tekst, w którym stawia się jasną tezę: podważenie zasady net neutrality zagraża darmowemu porno. Dlaczego? Bo dostawcy usług internetowych mogą w pierwszej kolejności dodatkowo „kasować” internautów właśnie za korzystanie z tych adresów. Ruch generowany przez strony oferujące pikantne treści jest olbrzymi, ponoć w samym tylko serwisie Pornhub w ubiegłym roku wygenerowano ponad 90 mld odtworzeń filmów. 90 mld! W każdej godzinie ściągają tam dziesiątki tysięcy gości. I pojawia się pytanie: jeśli dostawcy Internetu zaczną naliczać dodatkowe opłaty za korzystanie z Internetu, uderzą w osoby korzystające np. z serwisów edukacyjnych? Wydaje się to mało prawdopodobne, w pierwszej kolejności na celownik mogą wziąć darmowe porno.

Może temu sprzyjać m.in. klimat polityczny – w niektórych stanach USA porno, nie tylko w Sieci, uznawane jest za bardzo destrukcyjne i nowe przepisy mogłyby zostać wykorzystane do zwalczania go, a przynajmniej do ograniczania jego zasięgu. A gdyby tym tropem poszli politycy i urzędnicy w innych krajach… Przypomnę tylko, że zaledwie kilka kwartałów temu posłowie partii rządzącej głośno zastanawiali się nad opcją ograniczenia dostępu do internetowej pornografii w Polsce. Wtedy mogło się to wydawać niemożliwe, teraz patrzymy na USA, gdzie takie zmiany mogą być za jakiś czas realizowane. A dzieje się to za sprawą szefa FCC (Ajit Pai), który w przeszłości pracował m.in. dla korporacji Verizon – wielkiego dostawcy Internetu…

Cała ta sprawa przykuła moją uwagę głównie dlatego, że… sprzeciw internautów nie był zbyt oszałamiający. I zacząłem się zastanawiać, czy ludzie po prostu machają na to ręką i stwierdzają, że zapłacą, gdy trzeba będzie? A może na razie zagadnienie wydaje się zbyt abstrakcyjne? Może potrzebny jest jakiś zapalnik, który zmusi ich nie tylko do pisania nieprzychylnych komentarzy, ale też do wyjścia na ulice i realnego bojkotu niektórych firm? Pół żartem, pół serio stwierdzam, że takim zapalnikiem byłaby blokada porno lub wprowadzenie opłat za te treści – wtedy internauci odczują zmiany i je zrozumieją. Ale to nie musi dotyczyć tylko treści XXX: gdy będą musieli zapłacić za Netflixa (dodatkowo), YouTube’a czy Facebooka pewnie też zaczną zgrzytać zębami. W końcu się zorganizują i wyraźnie zaakcentują swoje niezadowolenie. Chyba…