Pierwsze informacje o konsolach "mini" od Nintendo spotkały się z dość ironicznym przyjęciem. Zamknięty sprzęt, brak możliwości dokupienia nowych gier, bezsensowny powrót do przeszłości — takie komentarze pojawiały się na każdym kroku. Okazuje się, że jednak ludzie chcą tych powrotów do przeszłości, a biorąc pod uwagę o jakiej wysokiej klasy powrocie mówimy — ani trochę mnie to nie dziwi.

Wielokrotnie już wspominałem, że uwielbiam sprzęty Nintendo. 3DS jest moją konsolą wszech czasów, a tuż za nim plasuje się… Super Nintendo Entertainment System, czyli 16-bitowa konsolka firmy. W Polsce w czasach swojej świetności raczej nie znana — dostęp do niej miało kilkoro szczęściarzy, a reszta zagrywała się na Amigach, PC i Segach Mega Drive. Tym samym większość z nas ominęły hity takie jak trylogia Donkey Kong Country, Super Mario World, Super Mario Karty czy cały pakiet fenomenalnych jRPG, ze Final Fantasy VI i Chrono Triggerem na czele. Później nastały czasy emulatorów, które pozwoliły zajawkowiczom co nieco liznąć z tej przebogatej biblioteki. A ci trochę zwariowani pokupowali starego sprzętu i ochoczo dmuchają w cartridge (tak, to ja). To jednak wymaga sporo zaangażowania i jest stosunkowo mało wygodne. Kable, dużo miejsca, drogie gry, a wisienką na torcie jest to, że na współczesnych telewizorach wyglądają okropnie… o tym, że są problemy z podłączeniem nawet nie będę wspominał.

I tutaj wkraczają warianty sprzętów mini. Z idealnie odwzorowanymi kontrolerami, które naprawdę łatwo pomylić z tymi z przeszłości. Z biblioteką starannie wyselekcjonowanych gier, aby każdy mógł znaleźć tam coś dla siebie — i żadna z konsol nie dostała przypadkowych gier. Wszystkie to tytuły z najwyższej półki. I wiele pojedynczych tytułów które tam znajdziemy są obecnie droższe, niż cała ta konsola. Do tego dochodzi kwestia jakości: tutaj mówimy o emulacji zapewnionej przez producentów sprzętu, która działa idealnie. A do tego obraz jest perfekcyjnie skalowany na dużych ekranach. Więcej o samych sprzętach przeczytacie w naszych recenzjach: NES Classic Mini oraz SNES Classic Mini. I jeżeli wydaje wam się, że to sprzęty które kupi trzech największych zajawkowiczów na krzyż to… jesteście w błędzie.

Koniec stycznia to czas dzielenia się wynikami. I jeżeli śledzicie temat, to wiecie że sprzedano w 2,3 miliona sztuk NES Classic Mini. Firma zdecydowała się przerwać produkcję konsoli (stąd jej ogromne ceny w serwisach aukcyjnych) , chociaż jakiś czas temu zapowiedziała, że powrócą do niego w 2018. I jeżeli wydawało wam się, że to ogromne liczby godne pozazdroszczenia, to prawdopodobnie zszokuje was wieść, że SNES Classic Mini sprzedał się jeszcze lepiej. Od swojej jesiennej premiery rozszedł się w ponad czterech milionach egzemplarzy na całym świecie. A prawdopodobnie byłoby jeszcze lepiej gdyby nie fakt, że w Stanach Zjednoczonych wciąż nie można znaleźć go w sklepach. Nie pomaga też fakt, że niektórzy dystrybutorzy (w tym polski) narzucili taką marżę, że ostateczna cena nijak ma się do osiemdziesięciu dolarów, które są stawką wyjściową.

Gram na sprzętach starych i nowych. Staram się nie ograniczać do jednej platformy, by mieć szersze spojrzenie na rynek — i doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że stare gry nie były idealne. I pewnie — dla jednych to po prostu nostalgia, ale inni są ciekawi tego, co mają do zaoferowania klasyki. I myślę, że wielu miłośników retro zgodzi się, że lepszej okazji niż sięgnięcie po konsole NES Classic Mini  i SNES Classic Mini na ten moment nie ma i jeszcze długo nie będzie. Dlatego jestem pewien, że te cztery miliony to dopiero początek — nie bez powodu zapełnione nimi półki sklepowe opróżniają się w kilka godzin…

Źródło