19

Nie o takie kino akcji nic nie robiłem. Recenzja Manhunt od Johna Woo na Netflix

Od reżyserów pokroju Johna Woo można wymagać wiele. Dla wielu osób to legenda kina akcji, choć oczywiście takim obrazom było zawsze daleko do oskarowych produkcji. Woo potrafił jednak wyreżyserować świetne strzelaniny i sceny walk, co w połączeniu nawet z bardzo płytką opowieścią, trzymało przy ekranie od początku do końca seansu. Niestety Manhunt, który wylądował właśnie w serwisie Netflix, nie ma nic ciekawego do zaoferowania.

Wielka korporacja farmaceutyczna tworzy tajemniczy lek, którego zastosowanie doceni przede wszystkim wojsko. Jak to bywa w przypadku takich firm, pełno tu tajemnic oraz skandali. Te drugie rozwiązuje Du Qiu, chiński prawnik, który wydaje się być pupilem korporacji. Zostaje jednak wrobiony w morderstwo i choć nawet na pierwszy rzut oka nic nie wskazuje na jego winę, ten mus uciekać. Jego sprawą zajmuje się Yamura, detektyw który z każdym kolejnym zebranym dowodem zaczyna wierzyć w niewinność Chińczyka. Prawnika ściga również cała okoliczna policja, pojawiają się płatni zabójcy – można więc liczyć zarówno na sceny walki, strzelaniny, jak i pościgi. Niestety zarówno opowieść, jak i którakolwiek ze scen akcji (co ciekawe – części z nich totalnie brakuje dynamiki) nie zostanie Wam w pamięci dłużej niż 2 dni. Co więcej, mam wrażenie że nawet kaskaderzy trafili tu z ulicznej łapanki. A to psuło odbiór całości już od początku. Tego oczekujecie po filmie popularnego reżysera, który ma na swoim koncie Tajną Broń, Mission: Impossible II czy Nieuchwytny cel z Jean-Claude Van Dammem?

No chyba nie.

Miało być śmiesznie, a wyszło przaśnie

Zanim usiadłem do Manhunta słyszałem, że John Woo chciał pobawić się tu w pariodowanie filmów akcji z lat 80. ubiegłego wieku. Sęk w tym, że ja się na takich filmach wychowałem i każdego weekendu szedłem do osiedlowej wypożyczalni kaset wideo po nową dawkę rozrywki. Przeglądałem duże segregatory z okładkami filmów i wybierałem ten, którego jeszcze nie widziałem – omijałem komedie, skupiając się na filmach science-fiction, fantasy no i oczywiście filmach akcji. I choć z perspektywy trzydziestoparolatka duża część z nich potrafi dziś wywołać na twarzy uśmiech zażenowania, to w swoim czasie “robiły robotę”. Manhunt w dużej mierze stara się oddać ich płytkość i prostotę, przy okazji rozśmieszając. Tylko mi nie było do śmiechu. Może gdybym znów miał 12-15 lat, bawiłbym się lepiej – podejrzewam jednak, że sięgnąłbym po tę kasetę dopiero gdy wszystkie inne filmy byłyby już wypożyczone. Dla mnie parodią kina akcji lat 80. jest kapitalne Kung Fury, które daje jasno do zrozumienia, że przekracza wszelkie granice zdrowego rozsądku. Nowy obraz Johna Woo sprawia natomiast wrażenie filmu zrobionego na kolanie bez zadbania o jakikolwiek detal.

Manhunt

Manhunt nie ma w sobie nic, co sprawiłoby że będę pamiętał ten film za kilka tygodni. Jest “generyczny”, widziałem go wczoraj, a część scen już wyparowała z mojej pamięci. Dobrze zrealizowane i zagrane sceny akcji? Tu takich nie uświadczycie – przeciętność goni przeciętność. Przez te wszystkie lata zarówno w scenach walki, jak i strzelaninach wydarzyło się zbyt wiele, pokazano za dużo zapierających dech w piersiach fragmentów by zapamiętać te przeciętne pomysły. A Manhunt jest przeciętny w absolutnie każdym aspekcie. Przypomniałem sobie niedawno The Raid: Redemption i jeśli spojrzeć na sceny akcji, dzielą go od Manhunta lata świetlne. Po co więc tracić czas wtórność, skoro co jakiś czas pojawiają się ciekawsze obrazki?

Najnowszy film Johna Woo zwyczajnie mnie rozczarował. Rozumiem zamysł, ba – nawet pochwalam parodiowanie – ale można tu było chociaż wyreżyserować świetne sceny akcji. Tymczasem do infantylnej opowieści i kiepskiej gry aktorskiej dodano nudne jak flaki z olejem strzelaniny i sekwencje walki. W serwisie Netflix jest wiele ciekawszych i lepiej zrealizowanych filmów. Nie marnujcie więc na Manhunt czasu.