440

Z Ubuntu wytrzymałem aż dwa tygodnie. Tylko dlatego, że były święta

Nasi stali, uważni czytelnicy zdają sobie sprawę z tego, że ja do Linuksa nic nie mam. W tym stanie rzeczy byłem "posunięty" do tego stopnia, że nawet nie miałem go zainstalowanego na swojej maszynie. Nie wiem, czy wystąpiła u mnie pomroczność jasna spowodowana okresem świątecznym (wbrew twierdzeniom niektórych czytelników, nie wspomagałem się niczym), ale postanowiłem się w Ubuntu zaopatrzyć. I co? Pstro. To, co zwykle.

Jako długoletni, zdeklarowany „windowsiarz” postanowiłem tuż przed świętami przemówić pingwinim głosem mając nadzieję, że Ubuntu uczyni to samo ludzkim. Przeczytałem sporo opinii i dziennikarzy technologicznych i zwykłych użytkowników, fanów i nie-fanów, znajomych i nieznajomych… uznałem, że raz pin… tfu. Kozie śmierć. Sporządziłem kopię najważniejszych rzeczy z komputera, resztę odesłałem do krainy wiecznego liczenia i przystąpiłem do instalacji. Padło na Ubuntu 17.10. Nadzieje były spore.

Zacznę od tego, co mi się spodobało

Stwierdzenie o świętach nie jest przypadkowe. Między świętami sprawiłem sobie naprawdę długi urlop, w trakcie którego postanowiłem solidnie podładować swoje akumulatory. Jako że zainstalowałem Ubuntu jeszcze przed wigilią Bożego Narodzenia (ale już wtedy pracę omijałem szerokim łukiem), wszystko było w porządku. Gdybym swój komputer traktował tylko jako maszynę do pisania oraz przeglądania internetu – byłoby wszystko w porządku. Gorzej, że system Ubuntu zaczął sprawiać pewne problemy w momencie, gdy Grzegorz Marczak zaczął mnie co rano wypatrywać na Slacku.

ubuntu apps

Ale obiecałem Wam, że napiszę o tym, co mi się spodobało. Cóż, Linuksy zmieniły się przed lata i zaryzykuję stwierdzeniem, że są to bardzo, bardzo, bardzo dobre, choć jeszcze niedojrzałe w kontekście zwykłych konsumentów (a nomen omen ja takim jestem…) systemy. Ubuntu zdaje się być bardzo uniwersalnym oprogramowaniem, które spodoba się nie tylko przeciętnemu użytkownikowi, ale również tzw. „power userowi”. Interfejs w Ubuntu 17.10? (Gnome) – miodzio. Jest ładniejszy od Windows, znacznie lepiej działa, choć irytują mnie trudne do wyłączenia animacje, które już w ogóle mi się nie podobają. Osoby, które uwielbiają grzebać w systemie będą się tutaj czuć jak w domu. Tyle, że ja grzebać w ogóle nie chcę i nie mam też czasu na czytanie nudnych poradników. W tym czasie mógłbym sobie zagrać na Xboksie, pobawić się z psem, albo zagłębić się w znacznie ciekawszej książce.

Moim skromnym zdaniem, Ubuntu lepiej radziło sobie z zarządzeniem pamięcią. Mam brzydki zwyczaj odpalania naprawdę dużej liczby kart w przeglądarce. Nawet świetnie zoptymalizowany Firefox Quantum dostawał czkawki, gdy oddawałem się w wir pracy. Na Ubuntu zapomniałem o tym, że dysponuję zaledwie 4 GB pamięci RAM i niektóre smartfony mogą pochwalić się większą pamięcią operacyjną. Takie operacje jak rozpakowywanie plików, zbiorowe zapisywanie obrazów w innym formacie + zmiana rozmiaru / ulepszanie kolorów trwały nieco krócej niż na Windows. Głośniki w moim laptopie na Linuksie otrzymały „nowe życie” i nie dość, że grały głośniej, to jeszcze znacznie ładniej. Pochwalić Ubuntu muszę również za to, że… moduł sieci bezprzewodowej rzadko kiedy zgłaszał jakiekolwiek problemy z zasięgiem. W porównaniu z Windows było pod tym względem znacznie lepiej.

Mimo wszystko stało się to, czego się obawiałem. Praca stała się wolniejsza, okraszona nieprzewidzianymi problemami i powodowała u mnie zalew żółci

Ktoś z Was powie, że to tylko przyzwyczajenia. Tylko i „aż” przyzwyczajenia – ten czynnik powoduje, że wielu zagorzałych fanów Androida nigdy nie kupi telefonu od Apple (i odwrotnie). Z tego powodu także niektórzy zatwardziali „windowsiarze” nigdy nie spojrzą na Macbooki, a na myśl o jakimkolwiek Linuksie tylko zbledną.

Oficjalne repozytorium (graficzne) w Ubuntu do bieda i nędza większa od tego w Sklepie Windows. Nie jestem tym jakoś szczególnie zdziwiony. Ale nawet, jeżeli jakieś aplikacje tam są, to albo ich opisy mówią mi tyle, co przemowa pijanego Francuza, albo wcale mi się nie podobają. To, czego nie znajdziesz tam ZAWSZE MOŻESZ ZAINSTALOWAĆ DZIĘKI TERMINALOWI – od zawsze irytowało mnie to, że paradoksalnie najwygodniejszą formą doinstalowywania nowego oprogramowania dla Ubuntu jest… cholerny terminal. Twór, którego nienawidzę za to, że jest i taki zwykły konsument jak ja musi z niego w ogóle korzystać. Owszem, można sobie pobrać paczkę .deb i z niej dokonać implementacji konkretnego oprogramowania. Ale niektórzy deweloperzy wprost na swoich stronach internetowych, w zakładkach „wersja dla Linuksa” zamiast pliku, oferują mi zestaw komend, które należy zastosować. Super rada, bulwo.

ubuntu version

A jeżeli już uda mi się znaleźć ciekawe oprogramowanie (albo polecany w sieci zamiennik), okazuje się, że pracy trzeba uczyć się od nowa. Najlepszy dostępny (według jak mi się wydaje – bardzo ślepej na niektóre problemy społeczności) zamiennik IrfanView, w którym poruszam się głównie za pomocą skrótów klawiaturowych jest jak dla mnie tak UX-owo spartolony, że aż głowa boli. XnView to dla mnie ciemna magia – rzeczy, które w Windows robiłem kilka sekund, tam muszę najpierw planować, następnie wykonywać „krok po kroku” tylko po to, by przekonać się, że to nie działa. Ok, ale ranga tej niedogodności niech pozostanie niska, bo przecież XnView nie mogę winić za to, że jest Irfanem, prawda?

Jeżeli wydaje się Wam, że Ubuntu się nie „zacina”, to możecie mi to powiedzieć w twarz. Zaciął się 2 razy w 2 tygodnie. I to w taki sposób, że jedynym sposobem na to było wyłączenie zasilania w komputerze. Szczerze? W Windows zdarzyło mi się to kilka razy w ciągu dwóch lat. W większości kryzysowych sytuacji udawało się z nich wychodzić bez potrzeby uciekania się do odcinania zasilania. Tak po prostu.

Nawet tak proste operacje jak otwarcie Gparted wymagały nierzadko chwytania się Wujka Google w poszukiwaniu odpowiedzi. Gparted uruchomić się nie chciało, bo nie „i co mi zrobisz?”. Otwieranie Gparted z terminalu na niewiele się zdawało i przy okazji, wypluwane było sporo niezrozumiałych dla mnie „krzaków”. Ok, zobaczymy, czy ktoś ma podobny problem. Tak i można go rozwiązać jedną prostą komendą w… TERMINALU. Ale ok, dzięki, działa.

I ostatecznie, nawet jeżeli na Linuksa pojawiają się jakieś aplikacje, to są one po prostu… słabej jakości. Szczególnie te, których rodowód jest czysto windowsowy. Jeżeli uważacie, że Slack działa źle tylko na „okienkach”, to zobaczcie co dzieje się z nim na Ubuntu. Dobrze znany jest problem wedle którego, każdrazowe wywołanie programu z zasobnika powoduje, że okno nie jest w pełni funkcjonalne do czasu, aż go nie przeniesiecie w inne miejsce. Kilka razy nadziałem się na problem, w ramach którego próba zmaksymalizowania Slacka kończy się wciśnięciem czegoś „pod” okienkiem. Słabo.

ubuntu windows 10

Hej, ja nie pałam żywą nienawiścią do Ubuntu, czy Linuksów w ogóle. Mimo moich szczerych chęci, znowu nie udało mi się polubić z pingwinem

Wiem, że wśród Was są znacznie wytrwalsi użytkownicy, którzy zainstalowali pingwinka, śmieją się z problemów windowsiarzy i potrafią robić tam cuda. Wam chylę czoła. Nie jestem pewien z czego wynika moja porażka pod tym względem, ale strzelam, że to przede wszystkim wina przyzwyczajeń. Bądźcie proszę dla mnie łaskawi przynajmniej dlatego, że się naprawdę starałem. Okazuje się jednak, że dla mnie to oprogramowanie nie jest i proszę Was, jeżeli kiedykolwiek jeszcze wspomnę o tym, że chcę zainstalować jakiegokolwiek pingwinka na „produkcyjnej” maszynie, trzepnijcie mnie porządnie w pojemnik na mózg. Mimo sympatii do Linuksów i Ubuntu w szczególności… żałuję swojej przedświątecznej decyzji. Ale Wam życzę powodzenia!