55

Mimo wielu obaw, kupiłem Nintendo Switch

Nie dałem się porwać szaleństwu Nintendo Switch i nie złożyłem zamówienia przedpremierowego. Magia Nintendo jednak zadziałała i mimo wcześniejszych obaw, stałem się posiadaczem nowej konsoli japońskiej firmy.

Tak mówiłem o Switchu w styczniu, niecałe dwa miesiące przed premierą. Wiele z tych obaw się sprawdziło – pamiętacie, jak zarzucaliście mi, że przecież Nintendo zrobi dobry multiplayer i nie będzie archaicznów friend codów? Multi niby jest, ale tak naprawdę wszystko wyjaśni się przy testach Splatoon 2, natomiast kosmicznie głupie kody przyporządkowane do profili wciąż funkcjonują. Gier jest raptem kilka, a bateria wystarcza na 3 godziny. To co w zasadzie sprawiło, że ludzie jednak bardzo chętnie kupili ten sprzęt? Magia Nintendo i sam jestem tego doskonałym przykładem.

Switcha miałem kupić dopiero za jakiś czas. Przy okazji premiery nowego Xenoblade Chronicles albo nowego Mario. Tak to sobie po prostu zaplanowałem. Plan się nie udał, przekonała mnie Zelda, a w zasadzie to, jak często i jak chętnie opowiadali o niej znajomi. Owszem, bałem się tych wszystkich problemów konsoli – desynchronizacji kontrolerów, rysowania się ekranu w stacji dokującej, film z podsumowanie błędów softu i konstrukcji konsoli nie był zbyt optymistyczny. Skoro jednak wszyscy tak zachwycają się Switchem, coś musi być na rzeczy.

Chwilę po premierze Nintendo Switch opowiadał o niej Grzesiek (który podobnie jak ja zdecydował się na wersję kolorową), na AntywebTV pojawiła się też recenzja urządzenia. Tekst przygotował Kamil i to na dobrą sprawę jego ocena i opinia, ja zająłem się tylko rejestracją wideo. No a skoro mamy w redakcji już trzy Switche, to pora na trzecią opinię.

Switch od ręki? Tak, ale tylko w małych sklepach

Nie wiem jak wyglądała kwestia zamówień przedpremierowych, ale nie słyszałem by ktokolwiek ze znajomych nie dostał swojego Switcha w dzień premiery. Niestety te dwa tygodnie później nie było już tak kolorowo. Mam pod domem sklep Komputronika – konsola była, nie było fizycznej Zeldy. W niedalekim Media Markt nie było natomiast konsoli, a była Zelda w pudełku. Nigdzie na Mokotowie nie znalazłem sklepu, do którego mógłbym po prostu wejść i wyjść z kupionym sprzętem. Jeśli podobnie jak ja niektóre zakupy wykonujecie raczej impulsywnie, wiecie że to spore rozczarowanie.

W takich sytuacjach, jak zwykle, z pomocą przychodzą mniejsze, wyspecjalizowane placówki. Od lat zaopatruję się w Electronic Dreams (ostatnio ze sprzętów kupowałem tam n3DS-a w dzień premiery) i sklep ponownie nie zawiódł. Szybki telefon – jest konsola w obu wersjach kolorystycznych, Zelda w pudełku, etui, folia ochronna na ekran i inne akcesoria. Jak zwykle miła rozmowa i wracam ze sprzętem pod pachą. Podczas gdy duże markety raczej nie spalały się nad premierą nowej konsoli Nintendo – w mniejszych nie dość, że jest sprzęt, gry i akcesoria, to i towar jest naprawdę dobrze wyeksponowany w samym sklepie, można go tam też po prostu przetestować. Brawo.

Konfiguracja prosta, podpięcie istniejącego już konta Nintendo również. Może powrzucano do pudełka za dużo folii, ale nie sądzę by ktokolwiek miał problemy z podłączeniem, konfiguracją i uruchomieniem urządzenia. Choć cały czas będę obstawał przy tym, że zakładanie czarnych nakładek na Joy-Cony powinno zostać zaprojektowane lepiej – tak, by dzięki jakiemuś mechanizmowi nie przypiął ich odwrotnie.

No dobrze, weekend przy Switchu zarwany, konsola polubiona. Wytknąć jednak pewne niedociągnięcia muszę. Mam bowiem wrażenie, że w którymś momencie zabrakło czasu na dopracowanie wszystkich szczegółów.

– plastikowy ekran zamiast Gorilla Glass. Widziałem w sieci filmy pokazujące jego wytrzymałość. Plastik jest tańszy, plastik się nie zbije gdy kilkuletnie dziecko upuści urządzenie. Ale wrzucić Switcha do plecaka bez etui czy futerału to najgłupsze, co można zrobić. Z tego, co widziałem, ekran rysuje się naprawdę łatwo.

– port ładowania od spodu. Logiczne, w końcu jest stacja dokująca. No dobrze, a co jeśli chcecie w tym samym czasie grać na konsoli postawionej na stole i jednocześnie ją ładować? Niemożliwe.

– 3 godziny na baterii podczas grania w Zeldę to jednak trochę mało. Do zestawu warto więc dokupić jakiegoś powerbanka i mieć go zawsze przy sobie. Niby tyle samo wytrzymywał pierwszy 3DS na Okarynie Czasu, ale przez procentowe wyświetlanie stanu baterii naprawdę dobrze widać, jak szybko Switch zżera prąd.

– dock to jakieś nieporozumienie. Konsola wykonana jest świetnie, ładnie, elegancko, solidnie. A stacja dokująca? Kawałek brzydkiego plastiku, który podobno rysuje ekran. Chyba ktoś naprawdę na sam koniec nieźle ciął koszty, dock wygląda paskudnie. Jednocześnie brakuje dodatkowego kabelka USB-C. Zasilacz jest za duży na mobilną ładowarkę, poza tym będziecie go trzymać podpiętego pod stację. Niby drobiazg, niby kilka złotych na serwisie aukcyjnym – ale jednak można było nie popełniać błędów z n3DS-a (brak ładowarki w ogóle).

– brak gry w zestawie. 1-2 Switch ma przegiętą cenę, jednocześnie moim zdaniem powinien być dołączony do konsoli jako aplikacja pokazująca jej zabawową moc. Jak widać nie odbiło się to na sprzedaży konsoli, wątpię jednak by zbyt wiele osób zdecydowało się na samodzielny zakup tej produkcji. Jest za droga.

– friend cody. Nintendo, serio? Halo, mamy 2017 rok, a ja nie mogę normalnie znaleźć znajomych, nie mogę wysłać im wiadomości. Ogarnijcie się szybko i zróbcie to porządnie.

No dobrze, a plusy? Mój 6-letni syn nie miał najmniejszych problemów z określeniem, co mu się w Switchu podoba. Możliwość podłączenia konsoli do telewizora, odpięcie jej i zabawa w trybie handheld oraz opcja grania na dwóch poza domem. Sukces Nintendo? Tak, nie trzeba nikomu tłumaczyć, co jest fajnego w Switchu, widzą to nawet takie brzdące.

The Legend of Zelda: Breath of the Wild to gra przełomowa – może nie mam na liczniku tyle godzin, ile Kamil, z którego recenzji ten fragment pochodzi. W pełni jednak się z nim zgadzam. Nowa Zelda jest magiczna, wciągająca, niesamowita. Jednocześnie granie w tak dużą i tak ładną produkcję w trybie przenośnym jest czymś, czego wcześniej nie znałem. A w przenośnych konsolach siedzę od lat i bardzo lubię kieszonkowe platformy.

Przenośna forma Switcha jest niemal idealna. Przyłożyłem sprzęt do n3DS-a XL i do Vity, czyli najmłodszych konkurentów. Switch lepiej leży w dłoniach, wielkość ekranu bardziej przypadła mi do gustu, a opcja podpięcia sprzętu pod TV jest świetna. Ale już wiem, że częściej będę łapał Switcha i grał właśnie w trybie handheld, mam z tego najwięcej frajdy.

Czy warto kupić Nintendo Switch?

Moment, w którym konsola ląduje w domu jest w pewnym sensie przełomowy. Po kilku dniach zabawy ze Switchem znikają natomiast wszelkie obawy, było tak przynajmniej u mnie. Nie wiem jak duża to zasługa konsoli, a jak duża nowej Zeldy – ale naprawdę ciężko się od tego połączenia oderwać. Ciężko nie dać się porwać magii Nintendo, która w 2017 roku mówi wprost – „granie mobilne wcale nie umarło i my Wam to udowodnimy”. Jednocześnie firma nie zamierza zabijać 3DS-a, wciąż będą się na nim pojawiać gry. Nigdy nie twierdziłem, że dla jednej gry warto kupić jakąś konsolę i zdania nie zmienię. Jeśli jednak miałbym odpowiedzieć na pytanie, czy Switch jest udanym urządzeniem – nie mam wątpliwości. To naprawdę dobra konsola, która ma szansę na miłość graczy. Choć chyba już ich w sobie rozkochała. W niecałe dwa tygodnie sprzedało się bowiem 1,5 miliona egzemplarzy.