35

Koncerny moto nie pozostawiają wątpliwości: od elektrycznych aut nie da się uciec

Pojazdy elektryczne podbijają rynek motoryzacyjny. Przynajmniej na papierze, w zapowiedziach ważnych ludzi z branży. Każdy tydzień przynosi doniesienia o kolejnej firmie, która zamierza zwiększyć wydatki na rozwój w tym kierunku, zapowiedziała nowe modele bez silnika spalinowego, poinformowała, że całkowicie lub częściowo zmieni swoją politykę na tym polu. Pojawiają się liczby, które muszą robić wrażenie. Wymieniane są marki, których z elektromobinością byśmy nie połączyli. Biznes skazany na sukces?

Koncerny motoryzacyjne coraz częściej i mocniej prześcigają się w zapowiedziach tego, jak dużo uwagi i pieniędzy przeznaczą na rozwój elekromobilności. Przykład z ostatnich dni to Ford: w ciągu pięciu lat firma chce wydać na ten cel 11 mld dolarów. To znacznie więcej niż wcześniej planowano. Na początku przyszłej dekady w ofercie tego producenta powinno już być kilkadziesiąt elektryków i hybryd. A ta korporacja nie jest przecież wyjątkiem, podobne ruchy wykonują gracze z Europy czy Azji.

Reuters podliczył, że koncerny motoryzacyjne chcą wydać na rozwój elektromobilności 90 mld dolarów. Ponad 50 mld wyłożą firmy niemieckie, resztę trzeba podzielić między Amerykanów i Chińczyków. Oszałamiająca suma, prawda? A to przecież nie koniec – mówimy tylko o deklaracjach, które już padły. Tymczasem taki Fiat siedzi cicho. Możliwe zatem, że w najbliższych dekadach na wspomniany cel przeznaczone będzie znaczne więcej kasy. Bo każdy pójdzie w tym kierunku – nawet Ferrari poinformowało, że stworzy elektryczny super samochód. Jeszcze kilka lat temu szef firmy zarzekał się, że do tego nie dojdzie…

Czy można stwierdzić, że tych zmian nie da się już zatrzymać? Gdybyśmy bazowali wyłącznie na słowach top menedżerów dużych firm, nie miałbym wątpliwości. Ale prawda jest taka, że nowych aut sprzedaje się rocznie kilkadziesiąt milionów, a tylko niewielka ich część to samochody elektryczne czy hybrydy. Tu nie ma mowy o kilkudziesięciu czy kilkunastu procentach – to jest totalny margines. Przecież najmocniejsza, a przynajmniej najgłośniejsza, firma w tym biznesie, Tesla, w ubiegłym roku dostarczyła klientom około 100 tys. samochodów. Co z tego, że kilku CEO powie dzisiaj zainwestujemy 5/10/50 mld dolarów, wprowadzimy do oferty 5/10/50 elektryków, jeśli nie pójdą za tym realne działania? A o te może być trudno, bo rozwój branży mogą zablokować czynniki, na które koncerny motoryzacyjne nie będą miały absolutnego wpływu.

Rozwój segmentu elektryków wymaga produkowania coraz większej liczby akumulatorów. Na to potrzeba czasu, mocy produkcyjnych i… surowców. Ceny tych ostatnich już mocno podskoczyły, pewnie będą rosnąć nadal. Może się okazać, że koszty produkcji elektryków nie spadną, bo zwiększanie skali nie poprawi sytuacji, lecz ją pogorszy. Mówimy o pierwiastkach, których nie da się wyczarować, uzyskać do nich nieograniczony dostęp. A teraz wyobraźmy sobie, że Demokratyczna Republika Konga, odpowiadająca za większość wydobycia kobaltu, ucina dostawy tego surowca – co wtedy? Co dadzą zapowiedzi szefów Forda, GM, Volkswagena czy chińskich korporacji?

To problem dość złożony, nawet wyczekiwane przez wielu kroki polityczne, rządowe nakazy ograniczania liczby aut z silnikami spalinowymi i stawiania na elekromobilność, na niewiele się zdadzą, jeśli nie zagrają inne czynniki. Nie napiszę zatem, że jesteśmy skazani na auta elektryczne, przynajmniej w bliższej przyszłości, gdyż wskazują na to miliardy dolarów z obietnic CEO. Stare porzekadło głosi, że krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje…