16

Przykro patrzeć, jak Kodak depcze swoją legendę

Żerowanie na sentymentach czy też "powroty" znanych i lubianych marek, nie są niczym nowym. Czasem ma to większy sens, innym razem nie ma go w ogóle, czasem kończy się sukcesem, bywa i tak, że klapa jest spektakularna. Niby powinienem się do tego przyzwyczaić, ale przyznam, że niektórych eksperymentów z tej działki nie jestem w stanie zrozumieć. To nie jest podtrzymywanie rozpoznawalności dobrego brandu, lecz jego zarzynanie.

Kodak – marka, którą znają wszyscy. Nawet, jeśli ktoś nie miał w rękach aparatu tej firmy, nawet, jeśli nie miał w rękach aparatu innego, niż ten w telefonie, to pewnie spotkał się z samym logo, wie, że taka marka istnieje. Tych młodszych/mniej zorientowanych Czytelników wypada poinformować, że mówimy o legendarnej wręcz marce, jej korzenie sięgają XIX wieku. Jeszcze parę dekad temu był to prawdziwy gigant, jeden z najpotężniejszych graczy na rynku foto. Potem sytuacja zaczęła się psuć, kryzys się pogłębiał, pojawiło się widmo bankructwa.

Firmie udało się przetrwać te trudne czasy, lecz nie obyło się bez „ofiar”. Biznes okrojono, skupiono się na sektorach, w których szanse na zarobek są największe. Słusznie. Moją uwagę przykuł dzisiaj jednak produkt, który trudno uznać za właściwą ścieżkę rozwoju: mowa o Kodak Ektra. Cóż to takiego? Połączenie starego z nowym, smartfon, który ma być aparatem albo aparat rozszerzony o smartfon. Nowy zabieg? Nie, próbowały już tego inne firmy, był Samsung, była Nokia, potem od fińskiej legendy przejął to Microsoft. Te projekty zazwyczaj nie miały ciągu dalszego.

Można oczywiście stwierdzić, że z Kodak Ektra jest inaczej. Bo to nawiązanie do klasyki, aparatu sprzed kilku dekad. Zdanie zaczerpnięte ze strony amerykańskiej firmy nie pozostawia złudzeń: A Classic is Born. Again. I niby wszystko jest ok: dobry moduł foto, dedykowana aplikacja, elegancki futerał (za dodatkową opłatą), stylizacja. Pojawiają się jednak proste pytania: po co i dla kogo? Sam smartfon to średniak (zainteresowanych odsyłam do specyfikacji) – jeżeli ktoś zwraca uwagę na parametry, pewnie podziękuje. Zwłaszcza w tej cenie (obecnie w Polsce kosztuje 2 tysiące złotych). Funkcje foto? Dobre smartfony mają je dzisiaj rozwinięte. Pozostaje sentyment i hipsterstwo.

Zaznaczę, że sprzęt nowy nie jest, pojawił się na rynku już pod koniec ubiegłego roku, ale jakoś mnie to ominęło. Teraz go odkryłem za sprawą amerykańskiej premiery. I już widzę, że urządzenie zdołało potanieć w te kilka miesięcy. Ktoś pewnie zwróci uwagę na fakt, iż tego nie tworzy, a już tym bardziej nie produkuje, sam Kodak – to prawda, za projektem stoi firma Bullitt Group, która wypuszcza na rynek sprzęt ze znanymi markami – wszystko opiera się o licencje. Mechanizm znany w dzisiejszym świecie, na tej zasadzie planowała funkcjonować m.in. Nokia.

Mamy zatem przykład kupczenia logo. Kupczenia w nie do końca zrozumiałych okolicznościach – wracam tu do sensowności tego projektu. Na co, prócz nazwy, może liczyć klient? Biada tym, którzy myślą, że smartfon powstawał pod czujnym okiem speców z amerykańskiej firmy. Albo, że staną się dobrymi fotografami, gdy nabędą taki model.

Pojawią się głosy w stylu „z czegoś trzeba żyć”, lecz nie jestem przekonany, czy takie działania są opłacalne. Marka jest dewaluowana, prasa raczej nie sprzyja takim zagraniom i finalnie może być z tego więcej szkód niż pożytku. Może i nastąpiło zasilenie kasy, lecz w dłuższej perspektywie to wątpliwy ruch. Do dzisiaj mam przed oczami stoisko firmy Kodak z targów CES 2015 – smartfon prezentowano tam bez przekonania, obsługa nie za bardzo potrafiła odpowiedzieć na pytanie, po co to wszystko.

Firma Kodak dzisiaj depcze swoją legendę. Zarówno jej, jak i Polaroidowi nie udało się wyjść obronną ręką z rynkowych zawirowań, Polaroid trafił ostatnio nawet w polskie ręce. kiepski koniec nie oznacza jednak, że markę trzeba wyeksploatować do granic możliwości…