220

Kierowca z wideorejestratorem. Donosiciel czy sygnalista?

Donosiciel w Polsce łatwo nie ma. Głównie przez nasze rodzime zaszłości historyczne. Postawa, która zakłada "uprzejme informowanie" władz o nieprawidłowym zachowaniu innego obywatela jednoznacznie kojarzy nam się z czymś bardzo złym, pasującym do grasujących niegdyś w naszym kraju zbrodniczych rządów.

Jak bardzo zakorzeniona w Polakach jest niechęć do sygnalistów / denuncjatorów / donosicieli (wybierzcie sobie) pięknie obrazuje to, co stało się z wyrazem „konfident”. Obecnie, słowniki języka polskiego wskazują na najnowsze znaczenia tego określenia. Konfident w najprostszym rozumieniu jest synonimem „donosiciela”, „szpicla”, „kabla” i „kapusia”. O kogo chodzi – wiadomo.

Mało kto wie jednak, że bardzo, bardzo dawno, „konfident” w języku polskim oznaczał mniej więcej tyle co „człowiek godny zaufania”. Spore wpływy języka łacińskiego spowodowały, że bardzo prędko ten wyraz sobie przysposobiliśmy i nadaliśmy mu początkowo zupełnie inne znaczenie – choć w języku łacińskim confidens oznaczał również „odważny”, „skłonny do podejmowania ryzyka”.

Językoznawcy spierają się co do nowego znaczenia wyrazu „konfident”. Jedna z bardziej prawdopodobnych przyczyn zmiany wydźwięku tego określenia to po pierwsze: wpływ języka angielskiego, który w wyrazie „confident” zawierał również agenta / informatora, a także obecna sytuacja historyczna. Transformacja „konfidenta” miała przypaść na XVIII wiek, kiedy to Polska znajdowała się pod zaborami. Wtedy to również w narodzie wykształciła się grupa osób, która kolaborowała z zaborcami w zamian za określone korzyści (majątkowe lub urzędowe), a wraz z nią nowe znaczenie dla „konfidenta”.

Kierowca z wideorejestratorem – konfident czy sygnalista?

Społeczeństwo w mojej skromnej ocenie jest jak samoregulujący się mechanizm, niesamowicie piękny przy okazji. Jest z nim trochę tak, jak z małym dzieckiem: czymkolwiek ono nasiąknie w newralgicznych momentach swojego rozwoju, tym będzie pękać jutro. Historia Polaków niejednokrotnie pokazała, że wśród nas byli zarówno ludzie prawi, godni naśladowania i niezłomni. Niestety, żyli i tacy, którzy postanowili żyć nieco wygodniej, już nie tyle poddając się wpływowi zbrodniczej władzy, ale i jej pomagając. Odzyskując wolność za każdym razem stawialiśmy takie jednostki obok pręgierza i albo narażaliśmy na sankcje prawne lub powszechny ostracyzm.

kierowca sąsiad

Posiadanie wideorejestratora samochodowego wiąże się zasadniczo z trzema motywami. Jest grupa, która zaliczyła w życiu poważną stłuczkę i prawdopodobnie natrafiła na problemy z ustaleniem winnego, być może nawet niektórzy z tych kierowców zostali niesłusznie wskazani jako winni wykroczenia i wolą mieć „czarną skrzynkę” na wypadek kolejnego takiego wypadku. Są i tacy, którzy obawiają się tego, choć nigdy nie mieli do czynienia z nie zawsze dobrze działającą Temidą. Inni instalują wideorejestratory po to, aby komuś zwyczajnie dopiec rekompensując sobie jakieś kompleksy.

Jak ja nie lubię Kowalskiego spod „siódemki”…

Bo Kowalski ma ładniejszy samochód, z lepszym silnikiem, ładniejszą żoną i nawet rasowego psa. Ja mam kopcącego diesla, na głowicy uszczelki już prawdopodobnie nie ma, na żonę w ogóle nie chcę patrzeć, a Burek wczoraj zeżarł mi kapcie i zagryzł laską zwyczajnej. Ludzie są tylko ludźmi i czasami są złośliwi, może i zazdrośni. Opowiem Wam historię – autentyk z rodzimego podwórka.

Kiedy jeszcze mieszkałem pod Sandomierzem w pokomunistycznym blokowisku przy zakładzie metalurgicznym, bardzo nielubianą personą w społeczności, zresztą słusznie była Pani Polonistka. Tak, była nauczycielką – okrutną „kosą”, która w swoich najlepszych czasach karała i „pałą” i linijką za byle co. Po transformacji ustrojowej okazało się, że nie pasuje ona do obrazu nowoczesnej szkoły i została wysłana na emeryturę. Bardzo szybko znalazła sobie nowe hobby – słała maszynopisowe donosy (podpisane!) do wszelkich instytucji, byleby dopiec nowemu dyrektorowi szkoły. Po drodze donosami obrywali i sąsiedzi (bo za głośno chodzili do łazienki w nocy), a także włodarze spółdzielni mieszkaniowej, która zarządzała osiedlem. Nie były to wcale wyrazy troski o ład i porządek, ale wręcz rozpaczliwe wołania: „jestem samotna, nikt mnie nie lubi, mój zmarły mąż był ZOMO-wcem, zajmijcie się mną”.

Pani Polonistka tuż przed swoją śmiercią (która skutecznie zakończyła wszelkie donosy z jej strony) odkryła internet, który dał jej „swobodę” wyrażania poglądów. W sieci pisała przeróżne plugastwa pod adresem już właściwie każdego, kto nie pasował do jej światopoglądu. Ciekawostka taka: Pani Polonistka była moim pierwszym w sieci hejterem i którego udało mi się zdemaskować, stanąłem z nim twarzą w twarz. Mimo pewnej antypatii, współczułem jej. Niech jej ziemia lekką będzie, mimo wszystko.

Pani Polonistka to człowiek, który wpasowuje się w mojej ocenie w ideę typowego donosiciela, który już nie tyle troszczy się o społeczeństwo, lecz stara się leczyć własne kompleksy. Takich osobników z wideorejestratorami również mamy: „Nie lubię gości w BMW! Ten akurat zakończył wyprzedzanie po dwóch metrach „na ciągłej” – dzwonię do phokuhatury!” Już pal licho z tym, że taki kierowca przyspieszył w trakcie wyprzedzania przez inny pojazd, czym utrudnił innemu uczestnikowi ruchu manewr.

Są jednak i takie przypadki, w których zakrzyknąłem: „Narobiłbym w zbroję…”. Wystarczy pooglądać kilka odcinków „Polskich Dróg”, a wcale nie trzeba Wam Hitchcocka żeby się mocno przerazić. Żeby jeszcze w takich sytuacjach można było orzec, że ten i ten kierowca zwyczajnie się zagapił, odwalił głupotę, przeprosił, nic strasznego się nie stało. Ale gdy widzę chociażby delikwenta bezpardonowo wyprzedzającego na przejściu, to zwyczajnie mam ochotę zabronić mu prowadzenia nie tylko auta, ale i nawet taczek.

wypadek

Frajer się pucuje

Mamy obecnie taki dziwny klimat w Polsce, że i słusznie i na siłę jednocześnie szukamy donosicieli. Nie będę wymieniał sytuacji, w których mówi się w przestrzeni społecznej o „donoszeniu”, bo znajdą się rekiny wszelkich okołopolitycznych tematów i bardzo szybko zwęszą krew w postaci wzmianki. Pewne jest to, że donosicieli nie lubimy. Bo kojarzą nam się z komuną, zaborami i wszelkimi innymi złymi rzeczami, które nas spotkały.

A są przecież społeczeństwa, w których postawa sygnalistyczna jest czymś wręcz normalnym. Kanada, według wielu ostoja prawdziwego (nie realnego), nowoczesnego socjalizmu to kraj, w którym sąsiad Cię pod… zgłosi tam gdzie trzeba i jeszcze z uśmiechem przyjdzie do Twojego domu i do tego Ci się przyzna. W Niemczech na porządku dziennym są informacje do urzędów, że sąsiad prawdopodobnie nie płaci podatków, choć powinien. Ale to nie wynika z chęci reperowania swoich kompleksów, a z dbałości o społeczny i prawny porządek.

Polacy z osobami publicznie lub i urzędowo zgłaszającymi nieprawidłowości rozprawiają się często bardzo… brutalnie. Albo skazuje się ich na ostracyzm, albo inicjuje się nawet nieszczęśliwe wypadki z udziałem samochodu sygnalisty. W niektórych małych społecznościach funkcjonuje wręcz przyzwolenie na niektóre procedery w myśl: „a niech se Zbychu robi ten bimber, ja go nie zgłoszę, może mi zdradzi przepis na pigwówkę jak sam będę robił”.

Jak jest w końcu z tym donoszeniem?

Tekst z WP Moto, który zainspirował mnie pośrednio do skonstruowania tego felietonu wskazuje, że w 2017 roku otrzymali o 34 proc. zgłoszeń więcej niż w zeszłym. Statystyka ta dotyczy wiadomości, w których kierowcy przekazywali służbom pliki z wideorejestratorów – w latach 2014 oraz 2015 sukcesywnie tworzono skrzynki, w których można było się „pożalić” na innych uczestników ruchu drogowego.

Do wiadomości z plikiem należy dołączyć opis zdarzenia – niewykluczone, że zgłaszający zostanie wezwany jako świadek w procesie, dlatego warto podać swoje dane. Nadgorliwi sygnaliści niech nie liczą na „nagradzanie” każdego wykroczenia drogowego: przekroczenie prędkości zarejestrowane za pomocą takiego urządzenia nie zostanie wzięte pod uwagę. Aby wyznaczyć prędkość konkretnego pojazdu potrzebny jest sprzęt z odpowiednim atestem (z tym problem ma nawet polska policja).

Zgłaszać, czy nie? Powiem tak: pewne mechanizmy samokontroli w społeczeństwie są potrzebne – urzędnicy oraz stróżowie prawa nie mogą być wszędzie i sprawować pieczy nad każdą drogą w kraju. Niemniej, ważne jest to, aby kierować się ogólnym interesem, a nie zaspokajać swoje niskie potrzeby. Jeżeli wyślecie wiadomość do Policji mając w zamyśle ochronę ogólnego interesu społeczeństwa – nic złego nie robicie. Ale też nie warto robić sobie ze zwykłego donosicielstwa (w trakcie 700-kilometrowej trasy Sandomierz – Stargard miałbym mnóstwo materiału dla policjantów) – miejcie za to oczy dookoła głowy. Dopóki autonomiczne samochody jeszcze nie funkcjonują w pełnej krasie, bardziej Wam się przydadzą niż „okołourzędnicza” sygnalistyczna postawa.