lektor czy dubbing
59

Karta Cinema City Unlimited zwróciła się po dwóch miesiącach. To był dobry zakup

Dwa miesiące były mi potrzebne, by obejrzeć w kinie 20 filmów - liczbę, która sprawia, że zwrócił się koszt zakupu karty Unlimited. Roczny koszt. Z ekonomicznego punktu widzenia był to naprawdę słuszny ruch. Trudno jednak przyzwyczaić się do niektórych bolączek multipleksów. Regularne chodzenie nie uodporni na zachowanie części widzów...

Karta Cinema City Unlimited to nic innego, jak abonament do kina. Klient płaci ponad 40 złotych miesięcznie (w Warszawie jest drożej) i ma nieograniczony dostęp do oferty Cinema City. Za część seansów trzeba dopłacić, ale nie są to porażające sumy. No i nie ogląda się wszystkiego w 3D czy w IMAX. Do tej pory dopłacałem raz. A filmów, jak już wspomniałem, obejrzałem w tym czasie 20. Wspomniane cztery dyszki nie są sumą nie do przeskoczenia dla większości z nas, lecz istnieje pewien haczyk: umowę podpisuje się na rok. W efekcie za 12-miesięczny abonament płaci się około 500 złotych.

Nie prowadziłem spisu obejrzanych do tej pory filmów, policzyłem to wczoraj przy okazji rozmowy na temat opłacalności rozwiązania, jego zalet i wad. Akurat okazało się, że przyjmując standardową cenę biletu w CC, wyszło 500 złotych. Wyszłoby, gdybym przy każdej wizycie płacił za bilet. Tym samym, po kilku tygodniach od zakupu, mogę napisać, że wyszedłem na zero: wszystko co obejrzę od tego momentu będzie już „darmowe”. Ciekawa perspektywa. A jeszcze krótko przed zakupem zastanawiałem się, czy to się opłaci.

Komuś może się wydawać, ze 20 filmów w ciągu niecałych dwóch miesięcy to naprawdę dużo, ale zapewniam, że po rozbiciu nie wygląda to tak szokująco. Zwłaszcza, że pięć z nich obejrzałem jednego dnia. Wtedy przekonałem się, że maratony to kiepskie rozwiązanie i potem serwowałem sobie po 2 tytuły w tygodniu. Czasem w pakiecie, czasem rozbite. Podejrzewam, że każdy może poświęcić w tygodniu jeden wieczór, południe czy popołudnie, by zobaczyć dwa filmy. Zwłaszcza, że część seansów odbywa się dość późno i nie koliduje to już z obowiązkami dnia codziennego. Tak przynajmniej jest w moim przypadku – wiem, że u Was może to wyglądać zupełnie inaczej.

Czy zmuszałem się do chodzenia do kina, żeby zobaczyć jak najwięcej filmów i jak najszybciej odzyskać kasę? Nie, to zadziałało trochę inaczej: skoro już zapłaciłem i mogę pójść, to pójdę. Bez patrzenia na cenę biletu i stwierdzania, że trochę szkoda pieniędzy, że mam ważniejsze wydatki na głowie, że film może rozczarować i będę żałował tych dwudziestu kilku złotych. Przestałem patrzeć na kino z punktu widzenia czysto ekonomicznego, teraz kieruję się prostym pytaniem: czy chcę to zobaczyć? Czy poświęcić 2 godziny akurat na ten film?

Na wspomnianych 20 seansów trafiło się kilka gniotów, to trzeba otwarcie napisać. Ale całkiem prawdopodobne, że i tak bym się na nie wybrał, zapłacił za bilet. Jednocześnie trafiłem na kilka filmów, które bym pominął, a które okazały się świetne, a przynajmniej dobre. Wbrew temu, co twierdzą niektórzy, multipleksy nie serwują jedynie blockbusterów i komedii romantycznych. Jasne, te dominują, ale obok znajdziemy kino niszowe, typowo studyjne. Za sprawą karty śledzę teraz dość uważnie, co wchodzi do kin. Cytując klasyka: mam oko i ucho na pulsie spraw. Czasem zaczynam też szperać w informacjach na temat obrazu, bo wiem, że z ocenami na Filmwebie różnie bywa i jest to źródło informacji niepozbawione poważnych wad. A skoro już o wadach mowa.

Karta Cinema City Unlimited zdecydowanie nie jest dla osób, które reagują alergicznie na świat multipleksów. Przed seansem są serwowane reklamy, ale te można oczywiście ominąć przychodząc 10-15 minut po wyznaczonej godzinie. Niestety, w podobny sposób nie rozwiążemy innych problemów, np. baru. Nie jest tak, że zgrywam jakiegoś wielkiego przeciwnika pudełka z kukurydzą – wszystko jest dla ludzi. Jednak nie mogę zaakceptować tego, gdy ktoś je bardzo głośno i rzuca ziarnami dookoła. nie wiem, jak można jeść popcorn oglądając scenę, w której ludzie są pakowani do bydlęcych wagonów i wywożeni do obozów koncentracyjnych. Wywołuje u mnie drgawki sytuacja, gdy sąsiad wylizuje plastikowe opakowanie z naczosami.

Czynnik ludzki to niestety najsłabsza część tej oferty. I nie zgodzę się z opinią, że trzeba lepiej dobierać godziny seansów, wybierać te, gdy ludzi będzie mniej. Bo na 8 osób i tak mogą się trafić dwie czy nawet cztery, które będą rozmawiać, korzystać z telefonu, glośno jeść, wybuchać salwami śmiechu w najmniej spodziewanym momencie (biada Wam, jeśli tak robicie i znajdziemy się w jednej sali). Do tego nie da się przyzwyczaić. Przynajmniej mnie się nie udało, a staram się od lat. Pozostaje zacisnąć zęby albo zabawić się w szeryfa…

Karta okazała się naprawdę dobrym pomysłem – gdybym miał podejmować decyzję zakupową jeszcze raz, nie zastanawiałbym się długo. Teraz zastanawiam się, jaki wynik zdołam wykręcić w ciągu roku…