13

Jeżeli to ma zachęcić kogoś do czytania, to jestem za – ulepszone edycje Harry’ego Pottera w iBooks

Jedni powiedzą, że to skok na kasę i machną reką na „odgrzewanego kotleta”, a drudzy uznają za kolejną świetną gratkę dla fanów serii. Ale prawda jest taka, że od momentu premiery pierwszej książki z przygodami Harry’ego Pottera mija już 18 lat (15 lat od debiutu w Polsce) i prawdopodobnie główna wiekowa grupa docelowa dla tego […]

Jedni powiedzą, że to skok na kasę i machną reką na „odgrzewanego kotleta”, a drudzy uznają za kolejną świetną gratkę dla fanów serii. Ale prawda jest taka, że od momentu premiery pierwszej książki z przygodami Harry’ego Pottera mija już 18 lat (15 lat od debiutu w Polsce) i prawdopodobnie główna wiekowa grupa docelowa dla tego tytułu nie miała szansy poznać historii nastoletniego czarodzieja na łamach książek, mając do wyboru ich ekranizacje. Teraz, gdy i filmy nie są już tak świeże i nie przykuwają tyle uwagi, czas na coś nowego. Przynajmniej pod pewnym względem.

Gdy w sklepie serwisu Pottermore.com ukazały się cyfrowe edycje siedmiu książek, nie wszystkim spodobało się takie podejście J.K. Rowling (autorki serii) do kwestii dystrybucji. Wytykano jej chęć zwiększenia przychodów, poprzez scentralizowaną sprzedaż i brak przymusu do podziału zysków z pośrednikami. Na pojawienie się e-booków z Harrym Potterem w sklepie Amazon, w wersji dla czytników Kindle, należało zaczekać dłuższą chwilę, ale fani i potencjalni zainteresowani zakupem doczekali się tego wydarzenia.

Gdy historia opowiedziana w siedmiu częściach trafia do iBooks szanse na zaciekawienie serią nowych czytelników bez wątpienia rosną. Nie za sprawą przystępnej ceny, co to to nie, ani dzięki popularności urządzeń Apple, które to jako jedyne oferują dostęp do iBooks. Chodzi o treść, bo ta została uatrakcyjniona na wiele sposobów. Tradycjonaliści, do których pod wieloma względami zaliczam także i siebie, zapewne stwierdzą, że „ulepszanie” książki to pewna forma profanacji. Że zatraca się wtedy jej najistotniejsze cechy.

Clipboard

Należy też na to spojrzeć nieco inaczej – walka z brakiem chęci do czytania nie jest łatwa i można to zrobić za pomocą wielu metod. Jeżeli animowane obrazki pojawiające się co kilka czy kilkanaście stron, dodatkowe uwagi od autorki oraz specjalne formatowanie urozmaicające przedstawienie tekstu spowodują, że ktoś weźmie do ręki (w tym przypadku) smartfon, tablet lub komputer i zacznie czytać, to nie mam nic przeciwko temu. Nie jestem zwolennikiem zapoznawania się z większą ilością tekstu na typowym, świecącym ekranie, ale niektórym to zupełnie nie przeszkadza i jestem w stanie przyjąć to do wiadomości. Najważniejsze jest to, by w ogóle czytać. Przyjmuję takie nastawienie wobec tej sprawy, ponieważ uważam, że po takim doświadczeniu sięgnięcie po kolejną, nawet tradycyjną książkę, będzie znacznie bardziej prawdopodobne.

Nie będę też nikomu mydlił oczu i udawał, że nie dostrzegam w pojawieniu się tych książek nastepnego źródła dochodów dla wydawnictwa i autorki. Jest to coś normalnego. Po prostu cieszy mnie fakt, że zamiast zwykłego dodania książek do oferty iBooks, postanowiono zrobić coś innego, ciekawszego. Podejrzewam, że oddani fani zdecydują się na zakup nawet w sytuacji posiadania już kilku pełnych kolekcji – czy to wydaniu papierowym czy cyfrowym.

P.S. Na ten moment nie ma jednak zapowiedzi polskiej wersji e-booków iBooków.