48

Jestem przekonany, że The Division będzie fantastyczną grą

Tegoroczne premiery Ubisoftu zapowiadają się naprawdę interesująco. Mam wrażenie, że to najświeższy rok dla francuskiego producenta od dobrych kilku lat. Składa się na to między innymi (a może przede wszystkim) The Division, które oczarowuje fantastycznym klimatem oraz soczystą rozgrywką.

The Division jest połączeniem shootera oraz gry RPG. Akcję osadzono w Nowym Jorku tuż po wybuchu epidemii, w wyniku której miasto opustoszało. Trafiamy zatem w zimową scenerię, w samo serce miasta – do naszej dyspozycji oddano wiernie odwzorowany, ogromny Manhattan. To nasza piaskownica. Skuty lodem, zaśnieżony Nowy Jork prezentuje się fenomenalnie. Klimat jest mocny i ciężki, a ogromna liczba zakamarków, ukrytych skrzynek i przedmiotów sprawiają, że warto poświęcić więcej czasu na eksplorację. Jednocześnie idzie to jednak w parze z niezbyt wielką liczbą elementów, z którymi możemy wchodzić w interakcję. Owszem, przestrzelimy opony w stojącym na ulicy aucie, wespniemy się na większość budynków, zniszczymy to i owo – ale to właściwie na tyle. Pytanie, czy przemycenie większej liczby interaktywnych elementów miałoby w tym wypadku jakikolwiek sens. Wrażenie natomiast robi płynne doładowywanie nowych lokacji, dzięki czemu w trakcie zabawy nie oglądamy żadnych ekranów ładowania, ciesząc się jedynie rozgrywką (twórcy Just Cause 3, uczcie się).

Bo w tej grze nie o eksplorację chodzi

A przynajmniej nie jest ona najważniejsza. The Division to shooter RPG – coś jak Destiny, tylko z widokiem TPP. Tutaj również możemy bawić się z dwoma kompanami i wypełniać misje w trybie PvE (moi znajomi już zapowiedzieli, że tworzymy drużynę – szybko ich Ubi przekonało). Te otrzymujemy w naszej głównej bazie, którą podzielono na trzy sekcje: medyczną, bezpieczeństwa oraz technologiczną. Każdą z nich możemy rozbudowywać za zdobyte w trakcie zabawy punkty. W zamian otrzymamy dostęp do nowych umiejętności. Tych maksymalnie możemy mieć dwie – pod lewym i prawym bumperem na padzie.

Oczywiście rozwój postaci nie ogranicza się do tego, bo równolegle awansujemy na nowe poziomy doświadczenia (maksymalnie 30), które to zdobywamy za eksterminację przeciwników i wypełnianie zadań. Do tego wszystkiego dodajcie system ekwipunku, który może nie jest jakoś szczególnie rozbudowany, ale bardzo intuicyjny i praktyczny. Nie wyjdzie nam z tego hardkorowy RPG z mechaniką a’la DnD, ale i tak złożoność mechaniki jest tutaj większa (a ona sama bardziej ciekawa) niż w przytoczonym Destiny – przynajmniej z mojego punktu widzenia.

2917756-tctd_screen_turret_e3_150615_4pm_pt_1438694639

Chwila, w której musimy nafaszerować kogoś ołowiem nadchodzi relatywnie szybko. Rzucenie się na przeciwników z okrzykiem na ustach nie wchodzi w rachubę, bo skończy się dla nas tragicznie (i to szybciej niż by mogło się wydawać). Fundamentem mechaniki walki jest wykorzystywanie zasłon. Możemy się między nimi bardzo sprawnie przemieszczać – a wręcz powinniśmy to robić, by sukcesywnie zmniejszać dystans do przeciwników. Schematyczną wymianę ognia przy użyciu jednej (lub kilku) z trzech dostępnych broni (karabin, smg, pistolet) od czasu do czasu przerywa rzucenie granatem lub użycie apteczki. Mimo to po każdej walce czuje się niesamowitą satysfakcję, co jest zasługą fantastycznego modelu strzelania. Każdy headshot, ciągła walka z odrzutem broni, trafianie biegnących na nas nieprzyjaciół dają dużo frajdy. Widać, że twórcy poświęcili temu elementowi sporo uwagi.

Komputerowi przeciwnicy w becie są niestety… nudni. Przez te kilka godzin trafiałem niemal wyłącznie na zakapturzonych drechów z pistolecikami i kijami baseballowymi (dosłownie armia klonów). Do tego 3-4 razy natknąłem się na bossa, który różnił się od nich nieznacznie wyglądem, używaną bronią i liczbą punktów życia. Nie było przerażenia, fascynacji, niepokoju – ot taki sam człowieczek, jak reszta tylko mocniejszy. Twórcy zdecydowanie muszą tutaj się bardziej przyłożyć.

final_tctd_e314_screenshot_covergameplay_159322

Na szczęście nie samym PvE człowiek żyje. The Division kładzie też duży nacisk na rozgrywkę multiplayer. Poza wspomnianym co-opem do dyspozycji oddano nam Strefy Mroku (Dark Zones), w których nasza drużyna natknie się na inne zespoły. I tutaj zostaniemy postawieni przed dylematem. Możemy walczyć z komputerowymi przeciwnikami wspólnie z innymi i po zwycięstwie podzielić się z nimi nagrodą. Możemy jednak też wyciąć ich w pień i zgarnąć całość dla siebie. To może prowadzić do całkiem ciekawych scenariuszy, gdy nasz sojusznik nagle wbija nam nóż w plecy. Cele i założenia Stref Mroku mogą być różne, więc nie powinniśmy narzekać na nudę.

Nie jestem graczem, który przykłada szczególnie dużą wagę do oprawy graficznej. Jeżeli gra ma klimat, ciekawy świat i soczysty gameplay, może dla mnie wyglądać nawet jak hit z lat ’90. Z The Division na szczęście tak źle nie jest, ale nie powiedziałbym, że to ładna produkcja. Modele postaci mocno odstają od standardów, które wyznaczyły inne produkcje AAA (Wiedźmin, AC: Syndicate, Dragon Age – długo by wymieniać). Całe otoczenie jest już znacznie ładniejsze, ale też gdzieniegdzie widać znaczące uproszczenia: „tu się aż prosi o filtr, tam by fajnie było zobaczyć więcej efektów świetlnych, a ogólnie to wszystko jakieś takie kanciaste i pozbawione głębi”. Nie będzie to zdecydowanie najładniejsza gra – przynajmniej jeśli chodzi o Xboksa One, na którym grałem w betę. A skoro o nim mowa, warto obejrzeć filmik pokazujący framerate. Testy pokazują, że przez zdecydowaną większość czasu udaje się utrzymać 30 kl/s przy rozdzielczości 1080p.

Warto czekać!

Premiera The Division jest planowana na 8 marca. I to ma być zaledwie początek. Ubisoft ujawnił dziś, że wyda w sumie trzy dodatki do gry. W jednym z nich trafimy do nowojorskich podziemi, a inny wprowadzi do zabawy elementy survivalowe. W sumie nie powinno to nikogo dziwić – normalną praktyką stało się, że jeszcze długo po premierze producent zarabia na dodatkach i tak ma być tym razem.

Samo The Division na razie mnie przekonuje. Głównie jest to zasługa świetnego klimatu i bardzo satysfakcjonujących walk. Samych questów i fabuły dano w becie zaledwie szczyptę (po godzinie nie było już czego zbierać), więc trudno ocenić ten element.  Nie mogłem się jednak oprzeć wrażeniu, ze gra przez cały czas prowadzi gracza niemal za rączkę (widząc w grach „sznurek”, po którym mam iść do miejsca kolejnego questa za każdym razem czuję się traktowany jak kretyn). Być może beta jest wycinkiem początkowych fragmentów rozgrywki, gdzie ten poziom trudności jest niski. Nie widziałem bowiem tutaj żadnego wyzwania – niestety również podczas walk. Oby to uległo zmianie, a The Division może ukraść mi dobrych kilka(dziesiąt) wieczorów.