86

Gwiezdnym Wojnom dobrze zrobiłoby kilka lat przerwy

Nie myślałem, że kiedykolwiek to napiszę - ale najlepsze, co mogłoby teraz przytrafić się uniwersum Gwiezdnych Wojen to urlop. Patrząc, jak małe jest zamieszanie wokół zbliżającego się wielkimi krokami filmu o Hanie Solo widzę, że nie tylko ja tak czuję.

Nigdy nie byłem geekiem, który dałby sobie wytatuować całe ciało motywami z Gwiezdnych Wojen. Nie żyłem według zasad Jedi i nie miałem całego pokoju w plakatach z filmów. Jednocześnie uważam, że to jedne z najważniejszych filmów mojej młodości i jestem w stanie powiedzieć o sobie “fan Gwiezdnych Wojen”. Pamiętam też rozczarowanie trylogią prequeli, które pojawiły się w kinach gdy byłem już nastolatkiem. Na dobrą sprawę nawet dziś się z nimi nie lubię i bez zażenowania jestem w stanie oglądać jedynie Zemstę Sithów.

Co innego oryginalna trylogia, którą kupiłem w kilku formatach, nawet gdzieś wala się jeszcze stara, maksymalnie “zjechana” kaseta VHS, na której nagrałem epizody IV, V i VI puszczane w telewizji. Regularnie wracam do tych filmów, choć jestem mięczakiem i najbardziej lubię Nową Nadzieję.

Disney miał moją aprobatę

Na Przebudzenie Mocy czekałem 10 lat i kiedy wreszcie nastało grudniowe popołudnie, podczas którego zasiadłem wygodnie w kinowym fotelu, ekscytacja sięgnęła zenitu. I co z tego, że czerpała pełnymi garściami z Nowej Nadziei, a ja nie byłem jej głównym odbiorcą – bawiłem się świetnie. Generalnie twórcy nieźle to rozegrali – z jednej strony zadowolili starych fanów, z drugiej stworzyli Nową Nadzieję dla młodszego odbiorcy. Trudno oczywiście patrzeć na nią z tej samej perspektywy, co na część VI, w końcu nie jestem już dzieckiem, ale rozmawiałem z młodymi ludźmi. Ta odsłona sprawiła, że pokochali uniwersum, o którym czasem wspominali ich rodzice. Pomogła w tym oczywiście ogromna machina promocyjna, którą doskonale widać było również w Polsce – bo chyba nie można nazwać inaczej zalewu gadżetów nawet w sklepach pokroju Biedronki.

Zastanawialiśmy się wtedy czy ten cały “hype” wróci rok później, przy okazji premiery Łotra 1. Wrócił, ale już nie tak mocny jak przy Przebudzeniu Mocy (choć film był dla uniwersum dość oryginalny, mroczny, momentami ciężki w odbiorze) – wiele osób powiedziało wtedy “tak! to są moje Gwiezdne Wojny”. Minął kolejny rok i przed premierą Ostatniego Jedi ekscytacja filmem była o połowę mniejsza niż przy Przebudzeniu Mocy. Po części słusznie, obraz jest dość infantylny i choć kilka dni temu kupiłem go na płycie by ponownie przeżyć tę przygodę, w pełni się z tą tezą zgadzam. Mam jednak wrażenie, że to nie jest do końca wina samego filmu, a wielkiego planu firmy Disney, który niestety powoli niszczy to uniwersum.

25 maja na kinowych ekranach pojawi się nowy film, ten o przygodach Hana Solo. I powiem Wam, zupełnie szczerze, że na niego nie czekam. Na rozpisce seansów będzie po prostu kolejną pozycję obok romantycznych komedii, science-fiction i czego tam jeszcze nie wypuszczą w tym samym czasie. Magii Gwiezdnych Wojen wokół niego nie czuję w ogóle i nie chodzi wcale o to, że nie jest to główna opowieść o Jedi. Pamiętacie jak zaczęto co roku wypuszczać kolejne Call of Duty? Produkcje straciły na swojej mocy, to samo dzieje się z filmami z uniwersum Star Wars.

Na dokładkę w kinach leci w tej chwili nowa odsłona Avengersów, a internet szaleje. Nikt nie mówi o Gwiezdnych Wojnach, nikt nie odlicza dni do filmu o Hanie Solo. Jakby cała geekowska moc odleciała w stronę uniwersum Marvela. Doskonałym wyznacznikiem “hajpu” są dzieciaki i bardzo lubię patrzeć na to, co aktualnie jest na czasie. Nic konkretnego – koledzy mojego syna przestali bawić się w rycerzy Jedi, nie widzę już tak wielu maluchów w koszulkach czy czapkach z Gwiezdnych Wojen. Tak, jakby i oni poczuli przesyt, chcąc bawić się w coś innego. Nie wiem jak u Was, ale w moich social media pierwszy raz od lat zainteresowanie dniem 4 maja (May the 4th be with You, czyli dniem Star Wars) było małe. W poprzednich latach cały mój Facebook zalewały zdjęcia profilowe na tę okazję, dwa dni temu takich podmianek awatarów było raptem kilka.

Oczywiście nie ma szans na to, by Disney odpuścił i zrobił Gwiezdnym Wojnom wakacje. Wpompowano w tę markę za dużo pieniędzy, by teraz przyhamować. W dzisiejszych czasach ludzie szybko jednak czują przesyt, moda i zainteresowania błyskawicznie się zmieniają, chcemy czegoś nowego, świeżego. A na nowe Gwiezdne Wojny chcemy czekać i mieć czas na budowanie swoich oczekiwań. Tymczasem Disney ma karabin maszynowy z logo Star Wars i ciągle nim strzela. Myślałem, że nie może być nic lepszego niż świat, w którym co roku oglądam nowe przygody w swoim ulubionym uniwersum. Tymczasem Wystarczyły trzy lata bym chciał od nich odpocząć. Wielka szkoda.

grafika