165

Elektryczny rower lub hulajnoga? To nie dla mnie

Dużą część tegorocznej majówki spędziłem z elektrycznym rowerem, pojeździłem też trochę na elektrycznej hulajnodze. Doceniam pomysł i wykonanie, ale mi te pojazdy do niczego się nie przydadzą.

Rozumiem pomysł

Człowiek lubi ułatwiać sobie życie i zdobycze technologii odgrywają w tym procesie bardzo dużą rolę. Chociażby samochód albo samolot – powstały po to, by ludzie mogli podróżować dalej i szybciej. Podobnie było z rowerami. To, co dziś część osób traktuje jako formę treningu, sposób na zrzucenie zbędnych kilogramów, od wielu lat wykorzystywane jest przede wszystkim jako alternatywa dla chodzenia. Wiem, że dla wielu z Was rower stał się podstawowym środkiem transportu, co udowodniliście w komentarzach pod artykułem traktującym o kalkulatorze liczącym ile pieniędzy i paliwa można zaoszczędzić przesiadając się całkowicie na ten pojazd.

Nie dziwi mnie więc kompletnie idea elektrycznego roweru, który wspomaga rowerzystę. Zasada jest prosta – to na dobrą sprawę zwykły rower, który posiada dodatkowo baterię i elektryczny silnik. Jego zadaniem jest wspomaganie pedałującego, dzięki czemu ten mniej się zmęczy i  dojedzie do celu szybciej. Takie rozwiązanie sprawdza się idealnie na przykład kiedy nie macie siły wjechać pod górkę – udowodniliśmy to kiedyś testując elektryczny rower BMW.

Podczas zwykłej przejażdżki działa to trochę mniej wyczuwalnie, natomiast zaliczając tę samą trasę na zwykłym i elektrycznym rowerze, czułem dużą różnicę – w przypadku tego drugiego zmęczenie było zdecydowanie mniejsze.

Testuję aktualnie rower elektryczny Kawasaki KX-E-Terkman53 i po wczorajszej przejażdżce, podczas której zaliczyłem krótką trasę 17 kilometrów czułem się jak…po przejechaniu 1,7 kilometra. Ale tylko dlatego, że dopiero po kilku minutach jazdy znalazłem na niego sposób. Otóż kręcąc pedałami odpowiednio powoli i robiąc to w odpowiednim momencie wymuszałem uruchomienie silnika (najwyższy tryb wspomagania). Ruch moich nóg był mniej więcej tak delikatny jak przy zwykłym rowerze gdy chcecie utrzymać równowagę i tylko minimalnie się poruszać. Obciążenie dla organizmu? Zerowe. Prędkość? Myślę, że w okolicach 20-25 kilometrów na godzinę. Co więcej, podjeżdżając pod kładki dla rowerzystów wkładałem w to minimalną siłę, wszystko zrobił za mnie silnik elektryczny. Gdybym miał więc dojeżdżać codziennie do pracy na takim rowerze, jakikolwiek prysznic po przejażdżce nie były potrzebny, a ja zmęczyłbym się mniej więcej tyle, ile podczas spokojnego spaceru na przystanek autobusowy. I to moim zdaniem jedyny powód by kupić tego typu urządzenie.

Tylko w takim układzie po co w ogóle implementować silnik do roweru – przecież równie dobrze można w ogóle wyrzucić pedały i zrobić z tego w pełni elektryczny pojazd gdzie gaz będzie pod przyciskiem.

Jazda na rowerze to aktywność fizyczna. Wiążą się z nią same pozytywne aspekty dla organizmu. Rower nie obciąża kolan jak chociażby bieganie, mimo tego wciąż wykonujemy dość znaczące dla człowieka “cardio”. Znam przynajmniej kilka osób, które jeżdżąc regularnie na rowerze zgubiły zbędne kilogramy, poprawiły kondycję i ogólne samopoczucie. Myślicie, że gdyby jeździły na elektrykach mogłyby powiedzieć to samo? Szczerze wątpię – no chyba, że padłaby bateria. Wtedy jazda na takim sprzęcie nie należy do najprzyjemniejszych. Ogniwo i silnik mocno obciążają bowiem całą konstrukcję.

Hulaj dusza, wysiłku nie ma

Bardzo żałuję, że nie miałem jeszcze okazji przetestować elektrycznej hulajnogi Xiaomi i mam nadzieję, że za jakiś czas to nadrobię. Pojeździłem jednak trochę na sprzęcie znajomego i naprawdę mi się on spodobał. Jednak ponownie – nie wiem jak miałbym zastosować to rozwiązanie w swoim życiu. Zdarzało mi się jeździć z dzieckiem na hulajnodze i to bardzo przyjemna aktywność. Daje trochę ruchu, sprawiając jednocześnie frajdę. Xiaomi kazało mi się natomiast odepchnąć 1-2 razy, później całkowicie przejęło kontrolę nad utrzymaniem prędkości. Czy raczej trzymać przycisk gazu. Aktywność fizyczna? Zerowa, co całkowicie burzy ideę jazdy na hulajnodze. Dodatkowo sprzęt jest ciężki więc jeśli zdecydowałbym się jeździć nim na spotkania (nawet wspomagając się komunikacją miejską), to składanie hulajnogi i jej przenoszenie nie należy do najprzyjemniejszych. Nie zostawicie jej też przed budynkiem, bo za chwilę znajdzie nowego właściciela. Ja bym przynajmniej nie zaryzykował. Dlatego wolałbym jeździć normalnym skuterem, który dobrze sprawdza się na ulicach, pojedzie dalej, a ja zostawię go po prostu na parkingu.

Drogi gadżet

Zdarza mi się widzieć oba opisywane wyżej sprzęty (choć niekoniecznie tych producentów), ale naprawdę sporadycznie – to wyjątki i popularnością cieszyły się w naszym kraju tylko hoverboardy – piszę w czasie przeszłym, bo boom już minął. Te tanie z marketów pewnie się popsuły, reszta wrzuciła je do szafy i zapomniała o urządzeniu.

Oczywiście nie zamierzam negować któregokolwiek z rozwiązań, wierzę również że elektryczna hulajnoga może być dla wielu osób świetnym sposobem na przykład na dojazdy do pracy (znam takie), natomiast cały czas zastanawia mnie dlaczego firmy dodają silniki do popularnych środków transportu zamiast zaproponować coś swojego (nie mówię o hoverboardzie, nie wyobrażam sobie dojeżdżania do pracy na czymś takim). Można przecież odwrócić sytuację i zaproponować klasyczny samochód z pedałami. Oczywiście nie widzę w tym kompletnie sensu, ale mam nadzieję, że rozumiecie o co chodzi.

No i jeszcze jedna kwestia – kto w zasadzie ma takie urządzenia kupować? Inwalida, który jeździ na wózku z nich nie skorzysta, człowiek chodzący o kulach również – a przecież to im pomoc w transporcie najbardziej by się przydała. Na takie sprzęty wskakuję więc ludzie sprawni, którzy równie dobrze mogliby jeździć na klasycznym rowerze czy hulajnodze. No bo nie wyobrażam sobie aby skorzystał z tego rozwiązania starszy człowiek, który ma problem z dojściem do sklepu po zakupy. No i cena – hulajnoga Xiaomi kosztuje około 1800 złotych, tańszych konstrukcji bym się obawiał. Testowana przez nas eMicro One to już w ogóle kosmos – producent życzy sobie za ten sprzęt 4500 złotych. A wspomniany rower Kawasaki? Około 6000 złotych, gdzie za lepszą konstrukcję bez elektryki trzeba zapłacić 3 razy mniej. Bariera finansowa jest więc naprawdę duża.

Po 17 kilometrach z Kawasaki KX-E-Terkman53 wróciłem do domu z wyrzutami sumienia. Ta godzina na rowerze kompletnie nic mi nie dała i lepiej było klasycznie popedałować.

A Wy korzystacie z elektrycznych pojazdów? Widzicie sens w ich kupowaniu?