73

E-Ink jest brakującym ogniwem, na które czekaliśmy od powstania tekstu w wersji elektronicznej

Elektroniczny papier to nie nowość, w końcu sam Amazon Kindle, najlepiej sprzedający się czytnik książek elektronicznych, dostępny jest już w 4 generacji. Część osób używa czytnika od dawna i bardzo sobie chwali. Jednak pod artykułami opisującymi przygodę z e-ink ciągle czytam komentarze, że czytniki są za drogie, że nic nie zastąpi książki, dotykania papieru i […]

Elektroniczny papier to nie nowość, w końcu sam Amazon Kindle, najlepiej sprzedający się czytnik książek elektronicznych, dostępny jest już w 4 generacji. Część osób używa czytnika od dawna i bardzo sobie chwali. Jednak pod artykułami opisującymi przygodę z e-ink ciągle czytam komentarze, że czytniki są za drogie, że nic nie zastąpi książki, dotykania papieru i zapachu świeżego druku. Wtedy uświadamiam sobie, jak trudno docenić elektroniczny papier, jeśli nie miało się takiego urządzenia w ręku. Sam byłem mocno zaskoczony, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem czytnik w akcji, a przecież od początku byłem entuzjastycznie nastawiony do tej technologii. Dlatego nie dziwie się temu sceptycyzmowi, ale jednocześnie zdaje sobie sprawę jak wiele tracą tacy sceptycy.

Od powstania pierwszych komputerów, wyświetlających tekst na ekranie, zawsze był ten sam problem – wygodne czytanie dużych jego porcji. Przez dziesiątki lat jednym wyjściem był po prostu wydruk. Jednak drukowanie ma cały szereg wad. Przede wszystkim nie jest tanie, bo każda wydrukowana kartka papieru to całkiem konkretny koszt. Po drugie, wiele informacji, które drukowałem osobiście były potrzebne tylko do pierwszego ich przeczytania, ewentualnie jeszcze chwilę potem. Teraz piwnicę zawalają mi stosy materiałów ze studiów i nie tylko, w których dziś już nic nie jestem w stanie znaleźć. Marnotrawstwo pieniędzy i miejsca, że o samej ekologii nie wspomnę.

Potrzeba alternatywy w stosunku do standardowego papieru stała się tym większa, wraz z powstaniem i szybkim rozwojem internetu. Teraz mamy dostęp do ogromnej ilości informacji z całego świata, w czasie rzeczywistym. Większość z nich czytamy na ekranie komputera, bo zwyczajnie nie mamy innego wyjścia. Drukować wiadomości z serwisów informacyjnych i blogów? To przecież bez sensu.

A teraz wyobraźmy sobie, że na nasze życzenie dostajemy informacje ze wszystkich naszych ulubionych portali, blogów, serwisów i co tam jeszcze, w formie wydrukowanej i szytej na miarę, specjalnie dla nas gazety. Co więcej taką gazetę dostajemy zupełnie za darmo, prenumerata nie ma końca i deklasuje ona informacje z dzienników, bo możemy dostać nowe wydanie więcej niż raz dziennie. Widzicie oczami wyobraźni, jak bierzecie gazetę do ręki, a tam informacje ze wszystkich stron, które regularnie przeglądacie? Bez konieczności siadania do komputera, bez męczącego oczy monitora. Po prostu gazeta tyle, że z interaktywnym spisem treści i możliwością wyszukiwania jak na komputerze. Brzmi zupełnie jak science-fiction, nie?

Tu dochodzimy do pierwszej ważnej kwestii, czyli mylącej nazwy. Dla mnie czytnik książek elektronicznych nie jest wcale czytnikiem książek, a przynajmniej, nie bardziej niż czytnikiem wiadomości. Bo w książkach wciąż mamy wybór wersji tradycyjnej, z ładną okładką. Ba, na chwile obecną więcej pozycji znajdziemy na tradycyjnej półce, niż w polskich e-księgarniach. Za to dla newsów z sieci nie ma drukowanej alternatywy, jeśli sami sobie jej nie wydrukujemy, a to na dłuższą metę nie ma najmniejszego sensu. Dlatego, jeśli tak jak ja, najbardziej lubisz czerpać informacje z sieci, od swoich ulubionych autorów, zamiast kupować gazety czy oglądać TV, w których mnie masz wpływu na selekcje informacji, czytnik wydaje się jedynym sensowym rozwiązaniem.

Dla porządku przypomnijmy jeszcze, co czyni czytnik takim wyjątkowym. Do tej pory urządzenia wyposażone w tradycyjne ekrany miały trzy najważniejsze wady: krótki czas pracy na baterii, wyświetlacz oraz rozmiar/wagę.

Nie można mówić o komfortowym czytaniu, kiedy czas pracy urządzenia wyświetlającego nam tekst liczymy w godzinach i sekunda po sekundzie rozładowuje się bateria, jeśli tylko tekst wyświetlony jest na ekranie. Książka i gazeta nie potrzebują zasilania i jeśli coś ma z nimi konkurować, musi praktycznie zdjąć z użytkownika konieczność pamiętania o ładowaniu. Komórkę, empetrójkę, laptopa ładujemy codziennie, albo prawie codziennie. Jeśli zostaniemy pozbawieni dostępu do naszego tekstu bo zapomnieliśmy naładować baterię, albo nagle będziemy musieli codziennie pilnować ładowania, dla czegoś co do tej pory w ogóle nie wymagało prądu, momentalnie się zniechęcimy. Czas pomiędzy ładowaniami czytnika musi być liczony co najmniej w tygodniach, lub tysiącach przerzuconych tron.

Po drugie wyświetlacz, który, jak sama nazwa wskazuje, świeci. Patrzenie na ekran, za którym znajdują normalne świetlówki, diody LED czy cokolwiek podobnego, to jak patrzenie wprost na żarówkę, może nie bardzo mocną i przysłoniętą mleczną szybą, ale jednak. To po prostu musi męczyć oczy i nie jest przyjemne. Wie o tym każdy, kto pracuje większość czasu przed ekranem. Podczas czytania tekstu, który wymaga skupienia, świecenie drażni do potęgi. O ile da się jeszcze przeskakiwać po różnych stronach, skupiając uwagę jedynie na kilka chwil, czytanie długiego, jednolitego tekstu na monitorze jest poza możliwościami większości z nas, a przyjemne nie jest chyba dla nikogo.

Elektroniczny papier nie jest podświetlany w ogóle. Korzysta ze światła odbitego tak jak książka i całe otoczenie które widzimy dookoła siebie. Ta pozornie drobna różnica, jest absolutnie decydująca i najważniejsza. Mówiąc krótko, różnica pomiędzy monitorem czy wyświetlaczem zastosowanym w tablecie, komórce, laptopie, a elektronicznym papierem, jest dokładnie taka sama jak pomiędzy monitorem a książką. Aby w pełni zrozumieć co to znaczy, trzeba zobaczyć e-ink na własne oczy. W pierwszej chwili mamy rażenie, że tekst jest jedynie atrapą, naklejką na ekranie, która trzeba zdjąć przed włączeniem urządzenia, tylko okazuje się, że nie jest to naklejka, a wyświetloną treść można zmienić. Przyłóżcie zadrukowana stronę do boku waszych monitorów, a zobaczycie różnice między elektronicznym papierem a wyświetlaczem.

Po trzecie i ostatnie wielkość i waga. Jeśli mamy czytać trzymając czytnik w jednym reku, jego waga odgrywa decydujące znaczenie. Łatwo się o tym przekonać próbując trzymać w jednym reku choćby najlżejszy dostępny na rynku tablet. Wymiękamy najdalej po pół godziny. Dodatkowo, wielkość powinna być zbliżona do standardowej książki. Dlatego większość czytników ma rozmiar właśnie 6 cali. Akurat w przypadku rozmiarów i wagi, czytnik ma przewagę również nad tradycją książką, nie brakuje książek grubszych i cięższych od czytnika, nie mówiąc o tym, że w czytniku możemy ich mieć kilkanaście tysięcy w jednym miejscu i zawsze przy sobie.

Dla powodów wymienionych powyżej, jeśli ktoś mówi, że: „700 zł żebym mógł poczytać książkę na ekranie!? Wżyciu w tyle nie dał, nawet jeśli było by mnie stać. Dla mnie książka to kartki, tusz itp.”* to przychodzi mi na myśl taka analogia: W życiu nie będę korzystał z e-maila, nie dość, że nie ma prawdziwego kawałka papieru, który mogę schować do szuflady, to jeszcze potrzebny mi do tego drogi komputer. Bez sensu. A tak wystarczy kartka papieru, koperta, długopis, znaczek i gotowe.

Nie neguję wartości prawdziwych listów, ani prawdziwych książek. Ten kto otrzymał prawdziwy list pocztą (list, a nie pocztówkę) wie, że to przyjemne uczucie i nie da się go łatwo zastąpić. Tylko niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto dziś mógłby całkowicie zrezygnować z e-maila na rzecz tradycyjnych listów. Nawet moi dziadkowie korzystają z maila częściej niż z tradycyjnej poczty, która również jest u nich intensywnie wykorzystywana.

O dziwo bardzo często spotykam się z niezrozumieniem czym tak naprawdę jest e-nik. To prawda, że czytniki w tej chwili nie należą do najtańszych urządzeń niestety i żeby przebiły się do każdego Kowalskiego ich cena musi spaść o połowę. To również prawda, że sytuacja książek elektronicznych i innych komercyjnych treści nie jest obecnie najlepsza, mianowicie chodzi o ceny niewiele niższe od tradycyjnych wydań, mniejszy wybór i uciążliwe zabezpieczenia DRM. Jak wspomniałem na początku, nie jest to dla mnie wielki problem, gdyż na e-readerze czytam głownie gazety złożone z treści znalezionych w internecie.

Dla mnie e-ink to wielki przełom i zapowiedź dalszej ewolucji w tym kierunku. Już teraz pojawiają się pierwsze modele kolorowego e-papieru, które musza zostać jeszcze udoskonalone. Zaryzykuje twierdzenie, że e-papier to największy przełom od czasu powstania ekranów w ogóle, znacznie większy niż przejście z technologii CRT na LCD. W moich oczach elektroniczny papier jest również dalece bardziej praktyczny, niż trójwymiarowe hologramy rodem ze Star Trek, które mają większy „wow factor”, ale tak naprawdę ciężko im przypisać naprawdę praktyczne zastosowanie na co dzień.

Podsumowując, jeśli lubisz czytać i robisz to nagminnie, jedynie kwestia czasu jest, kiedy przesiądziesz się na czytnik. Jeśli oprócz książek czytasz dużo treści pochodzących z internetu lub innego rodzaju elektronicznych dokumentów, zrób sobie przysługę i nie zwlekaj z zakupem czytnika. Nie będziesz tej decyzji żałować.

Impulsem do powstania tego artykułu był zakup mojego pierwszego czytnika, którym jest Onyx Boox i62. O tym czym kierowałem się w trakcie wyboru, dlaczego nie wybrałem Kindle, oraz samymi wrażeniami korzystania z tego konkretnego modelu podzielę się w kolejnych artykułach na łamach Antyweb. Jeśli macie pytania, piszcie śmiało w komentarzach.

 

*Cytowany komentarz pochodzi z blogu Dobrych Programów, pojawił się pod tekstem entuzjastycznie nastawionym do czytników. Wpis można znaleźć tu.
 
Źródła obrazów w kolejności od góry, zaczynając od miniaturki:
[1]; [2]; [3]; [4]; [5]