10

Dlaczego tak trudno jest znaleźć (nie)technicznego co-foundera do startupu?

Absolwenci z SGHu to lamusy nie znające matmy, a studenci politechnik to nerdy, które się nie myją. Jak w takich warunkach stworzyć wspólnie startup?

Autorem wpisu jest Borys Musielak, twórca firmy Filmaster.

Prowadząc od sześciu lat Reaktor spotkałem setki zespołów na wczesnym etapie rozwoju. Nie mam na to żadnych naukowo potwierdzonych statystyk, ale z moich obserwacji wynika, że, jednym z głównych powodów upadania startupów w Polsce są źle dobrane zespoły. Ile znacie działających w polskich warunkach idealnych zespołów Paula Grahama, czyli składających się z “hackera”, “hustlera” i projektanta? Ja najczęściej spotykam zespół w 100% biznesowy, który zupełnie nie ogarnia technologii, a na drugim biegunie mamy zespoły typowo technologiczne, bez żadnych zdolności sprzedażowych / marketingowych i innych miękkich. Prawie nic pomiędzy!

Z wywiadów, jakie zrobiłem na uczelniach wynika, że panuje jakaś niewytłumaczalna niechęć do współpracy i z obu stron mamy w głowie wiele stereotypów na temat „tych drugich”. Często ludzie ze sobą nie współpracują nie dlatego, że się nie dogadali, a dlatego, że nawet nie próbowali się spotkać.

“Zakładając startup dużo myślałem o tych wszystkich nudnych rzeczach, których jako programista nie umiem, np. biznesu. Nie miałem takiego poczucia, że mogę się dogadać z kimś z SGHu i mogę się zająć tą przyjemną dla mnie rzeczą – programowaniem.” (Olaf Tomalka, MIMUW, co-founder projektu Boson Identity)

Dlaczego tak się dzieje? Spróbuję odpowiedzieć na to pytanie posiłkując się w dużym stopniu informacjami, jakie zdobyłem od samych zainteresowanych.

Arogancja i uprzedzenia

Nie tylko w polskiej polityce mamy do czynienia z uprzedzeniami i arogancją. Nie lepiej jest na naszych uczelniach.

“Trzeba by sobą wzajemnie nie gardzić, żeby się udało.” – mówi Krystyna Gajczyk z MIMUW – “Jeśli na spotkanie o robieniu razem biznesów zaprosimy ludzi z SGH, MIMu i PW, to może się skończyć tak, że techniczni pomyślą „o nie, znowu te lamusy co nie umieją matmy”, a biznesowcy „o nie, znowu te nerdy co się nie myją”.

Jeszcze dosadniej ujmuje to Zoe Adamowicz, seryjna przedsiębiorczyni, co-founderka Neufund: “Bo i jedni i drudzy żyją w bąbelku, popijając sączony przez uczelnie coolaid z domieszką stymulatora arogancji. Panowie biznesmeni myślą, że świat od Wall Street po Nasdaq będzie im podany na dłoni, a developer to rzemieślnik, który ma zrobić „tak, żeby działało”. Panowie programiści natomiast wyczytali na TechCrunchu, że pensja 100k€ się po prostu należy, oraz że są niezastępowalni. Uczelniom taka propaganda bardzo pasuje, bo mają więcej chętnych przekonanych, że po szkole wszystko pójdzie łatwo, i piłują stawki za semestr. A jak zdobyć te wysokie pensje i jak budować biznesy tech szkoły raczej nie uczą, bo po co.”

Reality check następuje przy budowaniu pierwszego biznesu. Dewelopera okłamie inwestor albo pracodawca na umowie i udziałach, bo o strukturach korporacyjnych na MIMUWie nie uczą. Preemption rights, które miały być drogą do exitu okazują się tanim wykupieniem działającego biznesu, a opcje rozdane w ESOP okazują się realizowalne dopiero po zapłaceniu setek tysięcy podatku w gotówce. To wtedy się zaczyna tęsknota za biznesowym co-founderem, który ma doświadczenie w „algorytmach” prawnych i biznesowych.

Reality check w druga stronę pojawia się, jak VC po due diligence kodu rezygnuje z inwestycji w startup, bo na SGH nie uczą że backendu bankowego się w RoR nie napisze, oraz że skalowalność to nie znaczy, że stronka wygląda ładnie na mobile. I wtedy pojawia tęsknota za prawdziwym CTO, a nie koderem-wyrobnikiem, i pierwsze myśli o tym, że może inżynierom też warto dawać udziały i czynić ich częścią zespołu zarządzającego.”

Tryb pracy i komunikacja

Przez wspomniane uprzedzenia do współpracy często w ogóle nie dochodzi. Co jeśli przez cudownie zrządzenie losu powstanie jednak projekt, którego co-founderami są osoby z dwóch światów – biznesu i technologii? Jakie zasadzki czyhają na founderów?

”Uogólniając, SGHowiec jest zorganizowany i forsuje pracę w trybie projektowym, który dobrze zna z pierwszej pracy, z organizacji studenckich w których jest aktywny. ” – mówi Marcin Matyja, absolwent SGH, współtwórca konferencji Let’s Startup. – “Trochę jest tak, że stara się to narzucić bardziej indywidualnemu gościowi z technicznych studiów, który może być niesamowicie kumaty, ale (nie z jego winy) jedyne projekty jakie robił, to na zaliczenia przedmiotów, których nazwy SGHowiec nawet nie jest w stanie wymówić.”

Jakby tego było mało, problemem jest również sama komunikacja.

“Co z tego, że dwaj goście dogadają się, że od dzisiaj pracują agile, jak nie będą w stanie wymienić swoich wizji, ustalić priorytetów. W ogóle z komunikacją mamy duży problem kończąc studia, bo nikt nas tego nie uczy.”

Różne motywacje do robienia biznesu

Nie chodzi tylko o technikalia, ale również o sam cel, dla którego powstaje startup. Jak mówi Matyja “w SGH mamy mocno utarte w głowie, że biznes musi od razu być spektakularny, osiągnąć super skalę, kusić fundusze za oceanem od pierwszej randki“. Osoby techniczne często chcą po prostu stworzyć coś fajnego, rozwiązać ciekawy problem, zwykle swój własny.

Podobnego zdania jest Ola Kalinowska, również z SGH, współtwórczyni startupa Baballoon: “Myślę że największy problem to niezrozumienie celów każdej ze stron. Mam wrażenie ze ludzie z SGH nie wiedza za dużo o tworzeniu produktów od strony technicznej (np jak złożony jest proces, od czego powinno się zacząć etc.), a z drugiej strony osoby z wykształceniem technicznym nie są w stanie zrozumieć założeń biznesowych, tego że na koniec nie jest ważne jak super zaawansowany technicznie jest produkt, jeżeli ludzie nie będą go kupować” (Ola Kalinowska, SGH)“

Dokładnie tak. Dlaczego więc próbujecie robić coś na czym się nie znacie, zamiast stworzyć projekt wspólnie, ufając w swoje wzajemne kompetencje? – pytam od lat bez odpowiedzi…

A może po prostu się nie znamy?

“Za mało spędzamy ze sobą czasu, za mało jest naturalnej integracji.” – podsumowuje Matyja. “Za mało zarówno przed jakimś wspólnym projektem, ale też w trakcie. Generalnie, poprzednie punkty nie miałyby takiego znaczenia, jakby jakoś te środowiska wcześniej się przenikały, więcej robiły wspólnie, chodziły na browara i rozmawiały o życiu, o priorytetach, o biznesach.”

Podobnie myśli dr Agnieszka Skala, która uczy przedsiębiorczości studentów Politechniki Warszawskiej. Odpowiadając na pytanie czemu tak mało jest biznesów tworzonych przez zróżnicowane zespoły powiedziała tak: “bo nauka / uczelnie / wydziały to silosy – dosłownie i metaforycznie; bo się nie poznali, nie rozmawiali, bo nie ma takich miejsc / eventów (seminaria w świecie nauki do tego służą), gdzie mogliby to zrobić; bo mówią innym, hermetycznym językiem; bo interdyscyplinarność to przeważnie w kontekście nauki frazes, a jak przychodzi co do czego to nie możesz rozliczyć punktów, godzin itp. dupereli – dotyczy i studentów, i wykładowców, i naukowców.”

Jak to zmienić?

Od prawie roku myśleliśmy z Dianą Koziarską, CEO Reaktora, jak sprawić, żeby studenci różnych kierunków zaczęli tworzyć coś razem. Pierwszy eksperyment, akcelerator ReaktorX, zakończył się połowicznym sukcesem. Powstało wprawdzie 9 nowych startupów, z których kilka ma przed sobą fajne perspektywy, ale nie udało nam się połączyć dwóch światów, sprawić, żeby powstały interdyscyplinarne zespoły.

Może jednak — pomyśleliśmy — wystarczy stworzyć miejsce sprzyjające współpracy, w którym obie strony będą się dobrze czuły? Z tego myślenia i przy współpracy z Fundacją Kronenberga przy Citi Handlowy powstał nowy projekt. ReaktorY to seria jednodniowych wydarzeń łączących potencjalnych technicznych i nietechnicznych założycieli startupów. Myślcie o tym jak o takim bardzo intensywnym Startup Weekendzie, gdzie głównym celem nie jest stworzenie startupa (to prawie nigdy nie udaje się w jeden weekend), a poznanie się i praca w grupie, by zdecydować czy warto wspólnie stworzyć coś w przyszłości.

Jeśli spełni się przepowiednia Krystyny, nikt nie przyjdzie. Ja jednak wierzę w ludzi, więc, jeśli macie pomysł na biznes, chcecie go zrealizować z ludźmi którzy uzupełniają Wasze kompetencje, wpadnijcie do Biznes Linku we wtorek, 6 czerwca, wcześniej rejestrując się na stronie https://reaktory.evenea.pl

Może razem uda się złamać choć jeden stereotyp :)

***

O autorze. Borys Musielak to twórca firmy Filmaster, dostarczającej silnik rekomendacji treści, kupionej w 2015 przez amerykańską Samba TV, gdzie Borys aktualnie odpowiada za rozwój biznesu w Europie. Borys jest też współtwórcą warszawskiego Reaktora, co-workingowego centrum dla innowacyjnych startupów oraz akceleratora ReaktorX, a także jednym z pomysłodawców i aktualnym przewodniczącym Rady Fundacji Startup Poland, głosu polskich startupów.

  • PL & USA

    Pracujemy w start-up za małe pieniądze bo wiadomo, start-up musi się rozwinąć.

    W Dolinie Krzemowej zarabiamy mało ale mamy opcje. Start-up odpali to mamy emeryturę na Hawajach przed 30-stką.

    W Polsce zarabiamy mało ale mamy satysfakcję z pracy w start-up. Start-up odpali to mamy satysfakcję i doświadczenie w CV do szukania nowej pracy. Właściciele start-up mają emeryturę na Hawajach.

  • Mark

    A moze po prostu nalezy tworzyć kursy dla deweloperów tak aby posiadali oni umiejętności związanych z działaniem w biznesie? To nie jest wiedza ktora ksztalci sie przez x lat. Wydaje mi się ze ilość wiedzy potrzebnej do tego, jest dużo mniejsza niż ilość wiedzy potrzebna „sghowcom” aby posiadać jakieś fundamenty nt. tworzenia rozwiązań z perspektywy technicznej.

    • Tylko wtedy deweloper zostanie CEO i będzie potrzebował developera. Been there, done that ;)

    • Mark

      To prawda. W przypadku typowych malych firm – moze nie „typowych” startupow, widzialem model gdzie deweloper w ‚garazu’ budowal produkt – w tym przypadku bylo to SAAS, a nastepnie gdy przynosil on wystarczajace dochody, przechodzil w role CEO i zatrudnial deweloperow ktorzy rozwijaja/utrzymuja jego usluge. Wiadomo ze nie mozna wszysktiego robic samemu. Jednak eliminacja czynnika ludzkiego w niektorych przypadkach potrafi znacznie usprawnic prace ;)

    • Alot

      Obserwuję rozmawiających programistów, prześcigają się dywagacjach na temat technicznych kruczków, onanizują się tehcnologiami i językami.
      Zapytani, jaki problem mogłaby ich technologia rozwiązać, milkną. Umieją programować, ale nie wiedzą co mogliby zaprogramować, żeby było sprzedawalne i pożyteczne.

      Większość jest tak zadufana w sobie, że na hasło udziały reaguje śmiechem i dowcipasami rodem z piwnicy. Przekonani, że nawet we własnym startupie, takim na początku rozwoju, dostawaliby niebotycznie wysoką pensję, bo jak inaczej. Tylko nie potrafią odpowiedzieć na pytanie, skąd startup miałby mieć pieniądze na ich właścicielsko-pracownicze uposażenie.
      Pewnie z kolejnych rund finansowania załatwionego przez nietechniczniego wspólnika…

    • I nawet przykład takiej postawy masz tuż powyżej: liczy się wiedza techniczna, a jak chodzi o biznesową, to jakiś kurs wystarczy, bo co to za wiedza. „Czasem lepiej wyeliminować czynnik ludzki” – klient też człowiek, potem zdziwienie, że system jak żyleta, tylko nikt go nie używa poza twórcą.

    • Theverge

      Hahahahaha

  • kaszub

    Jak patrze na tzw. start-up to pierwsze co sprawdzam to skład osobowy i jak widzę 100% ekonomiści + 1 zatrudniony programista to idę dalej. I się nie oglądam.

    • Alot

      Wiesz na czym polega problem?
      Na tym, że programisci potrafią programować, ale nie potrafią wymyślić do czego to programowanie mogłoby być pożyteczne.
      Znajdują sobie wewnętrzne problemy do rozwiązania, nieprzekładające się na korzyści dla przeciętnego Kowalskiego, który miałby zapłacić za usługę.

  • Krzysztof Hasiński

    Znam co najmniej dwa banki z backendem w RoR :D