89

Dlaczego od Netflixa wymagacie więcej niż od pozostałych?!

Nie bawię się w adwokata diabła, ale razi mnie niekonsekwencja nie tylko widzów, ale i recenzentów i krytyków. Wytykanie komuś czegoś jest bardzo łatwe i choć Netflix sam nastawia policzek, to wcale nie oznacza, że za każdym razem musi oberwać. 

Od piątku możecie oglądać na Netflix film „Tytan”. Pisałem o nim ciut wcześniej, bo prawdę mówiąc nie zwróciłem wcześniej uwagi na ten tytuł w zapowiedziach na marzec, a nawet jeśli przykuł moją uwagę, to nie zapisał się specjalnie w pamięci. Gdy pojawił się drugi zwiastun stwierdziłem, że dam mu szansę – film wydawał się dokładnie wpasowany w mój gust, bo uwielbiam tematykę sci-fi, eksploracji kosmosu i podróży międzyplanetarnych. Zapowiedź nie ukazywała nic nadzwyczajnego, ale podejrzewałem, że „Tytan” podpasuje mi swoim klimatem. Na dodatek, film trafiał na Netflix „z kosza” (natrafiłem też na określenie „ochłapów po Hollywood”), jak to niektórzy określają, bo jeszcze jakiś czas temu zapowiadana była jego premiera na maj i to w kinach. „Tytan” podzielił więc los „Anihilacji” i zamiast sali kinowej, mogłem wybrać domowe zacisze i własny telewizor.

O ile „Anihilacja” była produkcją wysokobudżetową, tak „Tytanowi” bliżej do filmów telewizyjnych. To wcale nie oznacza z góry, że będzie słaby, ale wiedziałem że na kilka rzeczy można będzie przymknąć oko. Mówi się, że to film klasy B lub nawet C – dla mnie nie ma to znaczenia, bo oglądało mi się całkiem przyjemnie, choć rzeczywiście nie jest on wybitny. Jeśli musiałbym oceniać, to 6/10 i pół serduszka za sam pomysł tworzenia superludzi mających dać początek nowej cywilizacji na księżycu Saturna – to (niestety tylko) brzmi naprawdę nieźle.

Mało kto podziela jednak moje zdanie, że film nie zmarnował mojego czasuNie brakuje krytycznych opinii, a ja nie zamierzam z nimi polemizować – nie podobało się, to nie. Nic się nie stało :)

Ale dajmy już spokój z tym „kolejny słaby film Netflixa”.

Faktycznie Netflix sam jest sobie winien za nieodpowiedni wybór nazewnictwa produkcji, do których posiada prawa na wyłączność. Wyjaśniałem tę zawiłą sytuację już dwukrotnie, tłumacząc czym są produkcje Netflix Original oraz odwołując się do filmów na Netflix. Znacznie lepszą strategię obrał Amazon, który własne produkcje (które powstały na jego zamówienie) określa jako „Amazon Original” a pozostałe, zdobyte na wyłączność tytuły opisuje jako „Prime Exclusive”.

Sprawdź ekskluzywne produkcje w Showmax!

Nie jest jednak tak, że informacje na temat tego, czy film został zamówiony czy zakupiony przez Netflix, są nie do zdobycia. O ile brak zainteresowania tym faktem ze strony zwykłych widzów potrafiłbym zrozumieć, o tyle opieszałość recenzentów mnie kompletnie zadziwia. Nie brakuje komentarzy w stylu „kolejny nieudany film Netflixa”, tylko że z produkcją „Tytana” jak i „Anihilacji” Netflix miał niewiele lub nie miał kompletnie nic wspólnego.

Nabyte prawa do dystrybucji uratowały prawdopodobnie obydwa filmy przed klapą finansową w kinach i można podejrzewać, że po inwestycji w ich realizację zdecydowano by się na dystrybucję prosto na DVD. To oznaczałoby dodatkowy koszt dla wydawcy jak i dla widzów, a tak w ramach abonamentu możemy je obejrzeć online w każdej chwili mogąc zrezygnować z seansu bez wyrzutów sumienia z powodu poniesionego wydatku. Można tylko ponarzekać na stracony czas…

W pełni rozumiem to, że nikt nie ma ochoty poszukiwać informacji na temat studia, które stało za produkcją filmu, ale czy w telewizji lub w kinie nie zdarzyło Wam się obejrzeć czegoś słabego? Znam takich, którzy uświadczyli czarnej passy oglądając kilka nieudanych produkcji z rzędu, ale nie usłyszałem z ich ust, że dana stacja lub sieć kin po raz kolejny go zawiodła, bo wyemitowała lub zorganizowała pokaz marnego filmu. Niepoprawne nazewnictwo Netflixa mu szkodzi, ale platforma wcale nie ma obowiązku wprowadzać do dystrybucji tylko udanych i odpowiadających wszystkim produkcji. Recenzje filmów z kin są pełne zarzutów wobec aktorów, scenerzystów i/lub reżyserów, podczas gdy w wielu przypadkach najważniejszym aspektem recenzji filmów z Netflixa jest wypomnienie  „kolejnego pudła”.

O tym, jak Netflix nie-do-końca-uczciwie podpowiada niektóre produkcje, rozmawialiśmy w drugim odcinku podcastu Antyweb Po Godzinach – faktycznie brakuje na platformie średniej oceny innych użytkowników lub nawet integracji z IMDb (czego się spodziewajcie, bo serwis należy do Amazonu). Sugerowanie się „74%” dopasowaniem do gustu może wyprowadzić na manowce, tym bardziej, że skoro do tej pory obejrzeliśmy dużo sci-fi, to pojawienie się wśród rekomendacji kolejnej produkcji sci-fi wydaje się logiczne.

Netflix pada ofiarą własnych zalet. Nie musimy ponosić dodatkowych opłat za obejrzenie filmu, więc widzowie często postrzegają je inaczej, niż gdyby przyszło im zapłacić 25 złotych od osoby za seans – nie łudźmy się, że tak nie jest. Drugą sprawą jest chęć zaimponowania widzom szerokim wachlarzem oryginalnych produkcji, nawet gdy sprawa rozbija się o prawa do dystrybucji na wyłączność – może jednak warto tego typu tytuły kategoryzować w inny sposób, by nie ponosić pełnej odpowiedzialności za ich poziom?

Mówiąc obrazowo, Netflix ma własne i „własne” filmy. I chyba jest to sytuacja analogiczna do spin-offów Gwiezdnych Wojen, których nie traktuję jako stricte Gwiezdne Wojny, lecz filmy osadzone w tym samym uniwersum, co Gwiezdne Wojny. A dla wielu osób – przede wszystkim zwykłych widzów – każda z tych produkcji to Gwiezdne Wojny bez żadnego podziału na sagę, „historie” i inne wymysły.

Sprawdź tańszą alternatywę dla Netfliksa. Kliknij!