19

Cyfryzacja historii – pobożne życzenie

Dziś krótko, bo jestem w bibliotece i muszę być cicho. A jestem tu, bo internety zawiodły, więc muszę szperać w ważących tony starych, papierowych rocznikach gazet. Zastanawiam się więc, co, do licha, dzieje się w Polsce z digitalizacją źródeł analogowych. Czy naprawdę jedyne takie materiały mogę znaleźć w serwisach pirackich? Jestem w bibliotece wojewódzkiej. Poprosiłem […]

Dziś krótko, bo jestem w bibliotece i muszę być cicho. A jestem tu, bo internety zawiodły, więc muszę szperać w ważących tony starych, papierowych rocznikach gazet. Zastanawiam się więc, co, do licha, dzieje się w Polsce z digitalizacją źródeł analogowych. Czy naprawdę jedyne takie materiały mogę znaleźć w serwisach pirackich?

Jestem w bibliotece wojewódzkiej. Poprosiłem właśnie o kilka tomów roczników pewnej gazety. Są tak ciężkie, że nikt nie jest mi ich w stanie dostarczyć. Muszę wejść więc na zaplecze, pod windę towarową, i zrobić kilka kursów do stolika, by to wszystko przenieść. Gdzieś kiedyś, w starych filmach amerykańskich widziałem maszyny, jeszcze analogowe, gdzie na specjalnym wyświetlaczu przeglądało się gazety zarchiwizowane na błonach fotograficznych. W Polsce każdy poseł może mieć iPada, ale z kolei ta stara, analogowa jeszcze technika biblioteczna najwyraźniej jest u nas wciąż nieznana.

Ale od początku. Uparłem się jak głupi buc, że w związku z pewnym projektem poszerzę swoją znajomość historii w kwestii zabytków, wszak mieszkam na terenie, który w obfituje w średniowieczne zamki i dawane wieże mieszkalne. Pomysł durny, bo powszechnie wiadomo, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła.

Wybrałem pewien szczególny obiekt, bowiem zajmowałem się nim jako dziennikarz już 20 lat temu. Dziś postanowiłem zgłębić jego historię i zbadać wszelkie możliwe źródła, nim budowla ta – dawny zamek, obecnie opuszczona, niezwykle klimatyczna świątynia rodem z koszmarów Lovecrafta – całkowicie się rozpadnie. I tak zaczęła się moja gehenna.

Zacząłem od grzebania w internetach – wiadomo. Trafiłem na multum wpisów. Sęk w tym, że większość oparta była na… moich dawnych artykułach. Potrzebowałem czegoś więcej. Sięgnąłem więc po katalogi online polskich bibliotek. Znalazłem całe dwie książki – obie w bibliotece, do której nie ma dostępu zwykły śmiertelnik. Hołoty między książki się wszak nie wpuszcza, bo się jeszcze dokształci i będzie problem…

Nie w ciemię bity pociągnąłem za kilka sznurków i książki – w zasadzie nielegalnie – wylądowały na moim biurku. Okazały się kompletnie nieprzydatne, bowiem napisano je polskim quasi-naukowym bełkotem, z którego absolutnie nic nie wynika. Do tego informacje na temat interesującego mnie obiektu okazały się nad wyraz skromne, a jedna książka bezczelnie kopiowała drugą.

Przypomniałem sobie więc o tzw. Wojewódzkim Urzędzie Ochrony Zabytków. Tam przecież znajdę najwięcej danych! Nie powinno być z tym problemu, wszak to, czego wymagam, to informacje jawne, publiczne.

Pfffff, terefere… Mój zachwyt minął po pierwszym telefonie. Trafiłem na carskiego urzędnika, który zażądał Bóg wie jakich podań (nie wspomniał tylko o zgodzie rodziców). Zapytany o źródła cyfrowe, odpowiedział, że oczywiście takowych nie ma, ale jeśli złożę pismo, a ktoś tam, na wysokim stołku, łaskawie wyrazi zgodę, będę mógł zajrzeć na miejscu do archiwum – tylko we wtorki i tylko między 11.00 a 13.00. Coś jak widzenie w więzieniu, n’est-ce pas?

Tymczasem w cywilizowanych krajach…

Rozpocząłem więc mailowy bój o uzyskanie choć szczątkowych informacji drogą cyfrową. Efektem były wykręty i odpowiedzi nie na temat. Najzabawniejszy w tym był fakt, iż najpierw znalazłem na stronach urzędu rejestr zabytków w Excelu, więc wyciągnąłem z niego numer ewidencyjny wspomnianego obiektu i taki przesłałem urzędnikom. Ci w odpowiedzi zażądali nazwy, bowiem – uwaga – ich własny numer absolutnie nic im nie mówił! Po co więc ten – jedyny zresztą cyfrowy – dokument? Bóg raczy wiedzieć…

Dodam, że korespondencję prowadziłem jako dziennikarz – jako zwykły obywatel zainteresowany historią rodzinnego regionu mógłbym co najwyżej ugryźć się w tyłek, bo takim się informacji nie udziela i do archiwum się ich nie wpuszcza.

Ubiegający się o udostępnienie dokumentacji winien przedstawić cel i przewidywany sposób wykorzystania dokumentacji w następujący sposób:
a) korzystanie w celach naukowych i badawczych wymaga przedstawienia poświadczenia z uczelni lub innej placówki naukowej. b) korzystanie w celach innych niż naukowe może nastąpić jeżeli o udostępnienie zasobów występuje:
– właściciel nieruchomości zabytkowej lub jej posiadacz po przedstawieniu aktualnego dokumentu stwierdzającego prawo własności lub dokumentu potwierdzającego tytuł władania nieruchomością,
– pełnomocnik właściciela lub posiadacza w zakresie udzielonego pełnomocnictwa po wykazaniu praw właścicielskich lub tytułu władania nieruchomością
– projektant oraz rzeczoznawca dokonujący wyceny lub oceny stanu technicznego nieruchomości po przedstawieniu zgody właściciela obiektu wskazującej na cel i potrzebę wykorzystania zbioru,
– pracownik organów administracji państwowej oraz samorządowej posiadający zaświadczenie tegoż organu,
– sporządzający plany zagospodarowania przestrzennego po przedstawieniu zaświadczenia z jednostki prowadzącej opracowanie,
pracownik środków masowego przekazu w zakresie określonym prawem prasowym. (źródło)

Zniechęcony korespondencją z prowincjonalnymi urzędnikami napisałem do samego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. A co!? Jestem obywatelem, wyborcą i podatnikiem, ergo takie urzędy pełnią wobec mnie funkcję służebną. I faktycznie – z ręką na sercu przyznaję, że Centrum Informacyjne dołożyło starań, by mi pomóc. Sęk w tym, że… interesujące mnie materiały nie są zdigitalizowane, ergo błędne koło się zamknęło – powróciliśmy do zasady podań i osobistych wizyt, bo przecież jeśli chcę zdobyć jakąkolwiek informację we właściwym urzędzie, muszę przyjechać na miejsce i sam sobie jej poszukać.

Szanowny Panie Redaktorze,
Dostęp do archiwum jest możliwy po otrzymaniu pisemnej zgody od Dyrektora Generalnego MKiDN. Aby ją otrzymać musi Pan zwrócić się do niego z oficjalnym pismem (nie mailem), które zawierać będzie wniosek o kwerendę w archiwum urzędu i uzasadnienie.
Z pozdrowieniami
Centrum Informacyjne
The Ministry’s Information Centre
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego

I tak do zakichanej śmierci. Ministerstwo nie ma, konserwator nie ma, biblioteka nie ma. Ale jeśli złożę tonę pism i obkupię się w bilety na podróż, będę mógł zwiedzić pół kraju i pogrzebać w papierowych archiwach, to być może coś znajdę.

I dla tego właśnie siedzę teraz w bibliotece, gdzie wyrabiam sobie mięśnie, przerzucając stare roczniki w poszukiwaniu… moich własnych artykułów, które pozostają jedynym wiarygodnym, dostępnym publicznie źródłem (sic!). Czemu sam ich swego czasu nie zdigitalizowałem? Bo, moi kochani, wyplułem je z siebie w czasach, gdy w redakcji stały maszyny do pisania, a potem wszystko wklepywała w jeden IBM XT jakaś Pani Stasia. Jedynym komputerem, jaki miałem w domu, był ZX Spectrum…

Tak wygląda na dziś poziom cyfryzacji źródeł dotyczących dziedzictwa narodowego. Wszystko, co udało mi się znaleźć, to źródła… pirackie na łamach pewnego gryzonia, którego zwolennikiem nie jestem. Nic, tylko siąść i płakać. A piratom dziękować za to, że mają większy szacunek do historii, niż tabuny wysoko opłacanych, niekompetentnych urzędasów.

Fot. w nagłówku: źródło