1

Podsumowujemy turniej CounterStrike na Intel Extreme Masters – wszystko, co trzeba wiedzieć

Łącznie pięć dni wypełnionych Counter Strikiem. Od środy aż po deszczową, niedzielną noc. Wreszcie poznaliśmy jednak zwycięzcę, Alex 'Machine' Richardson zamknął cały turniej, a kibice po raz ostatni w ten weekend opuścili katowicki Spodek. Przyszedł czas podsumowań...

Autorem materiału jest Tomasz Alicki.

Tekst postanowiłem podzielić na kilka jasnych i prostych kategorii. System ten sprawdzał się w kilku poprzednich przypadkach. Można było szybko zebrać myśli, konkretami punktować większość aspektów turnieju, by na sam koniec mieć przed oczami wyraźną puentę. Dzisiejsze problemy ze znalezieniem jednoznacznej odpowiedzi do każdej kategorii bardzo dobrze pokazują, jak nietypowym turniejem był tegoroczny IEM w Katowicach.

Największe rozczarowanie: Virtus.pro

Żeby najgorsze mieć szybko za sobą, trzeba szybko przypomnieć, że Virtusom nie udało się w tym roku zagrać w Spodku. Panowie odpadli w fazie grupowej, błyskawicznie kończąc swoją przygodę z turniejem. Mimo ostatniej świetnej formy, wyraźnego stanowiska faworyta i niedawnych imponujących sukcesów, IEM nas pokonał.

Padliśmy ofiarą bezlitosnego mordercy, który swoje żniwa zbierał na całej światowej czołówce, formatu tegorocznego turnieju. My chociaż mieliśmy okazję trochę powalczyć, oddając możliwość awansu z grupy dopiero w ostatnim meczu. Nieco krócej potrwały szansę takich drużyn jak SK Gaming, Ninjas in Pyjamas, Cloud9 czy Fnatic, które w ostatecznym turniejowym rankingu zajmują miejsca pod Virtus.pro.

Mówiąc bardzo krótko, mieliśmy zły dzień. Mapy sprzyjały nam przez całą fazę grupową, rywale może faktycznie byli nieco mniej trudniejsi niż w środowych pojedynkach, ale wszystkich niejednokrotnie pokonywaliśmy już w znacznie trudniejszych warunkach. Niestety format turnieju przewiduje rozegranie meczów grupowych w jeden dzień, nie mając możliwości szybkiego ‚resetu’ i zastanowienia się nad własną grą. Połączenie zasad panujących na IEM-ie z naszym słabym dniem okazało się zabójcze.

Największa niespodzianka: IEM Katowice

Skoro mamy już za sobą porażki czołowych drużyn Counter Strike’a, nieobecnym warto powiedzieć, że to dopiero początek niedowierzań i załamywanych rąk. Cały turniej można zapisać jako porządny scenariusz science-fiction. Co prawda ostateczny zwycięzca nie zdziwił, a drabinka rozegrała się w sposób zgodny z przewidywaniami, ale gdyby ktoś zasugerował taki przebieg wydarzeń, większość pewnie skwitowałaby predykcje gromkim śmiechem.

Przodownikiem grupy sprawiającej niespodzianki jest Heroic, które odpadło z Astralis dopiero w półfinale. Duńczycy ominęli piątkowe rozgrywki dzięki pierwszemu miejscu w grupie. Nowemu składowi udało się pokonać odpowiednie drużyny i dzięki bezpośrednim rezultatom z resztą grupy, przeskoczyli jeden szczebel rozgrywek.

Zawodnicy grają ze sobą w tej formacji od zaledwie dwóch tygodni, a już udało im się w pięknym stylu dotrzeć do półfinału dużego turnieju. Kilka bardzo zaciętych zwycięstw w systemie BO1, a potem już niestety koniec przygody po porażce z tymi, którzy następnego dnia unieśli puchar za IEM w Spodku.

Sytuacja ma się podobnie z Immortals, gdzie niedawno dołączył Lincoln „fnx” Lau, były zawodnik SK Gaming. Panowie, dzięki duetowi nowego nabytku i Henrique „HEN1’ego” Telesa, nie tylko w przekonującym stylu wyszli z grupy, ale również, w decydujących piątkowych meczach, ograli North. Po fazie grupowej spodziewaliśmy się trzech duńskich drużyn w półfinałach, jednak Immortals postanowiło po raz kolejny wyprowadzić z błędu kilkadziesiąt tysięcy ludzi.

Małą niespodzianką jest też finał FaZe Clanu. Okazało się, że NiKo, który grał pierwszy mecz  z nowymi kolegami, nie potrzebuje czasu na aklimatyzowanie się w składzie. Postanowił po prostu usiąść przed komputerem, założyć słuchawki na głowę i strzelać te same headshoty, które towarzyszyły wszystkim jego występom w Mousesports. Bośniak najwyraźniej odnalazł swoje miejsce na scenie Counter Strike’a i wspólnie z resztą składu doprowadził do wrzenia kibiców Astralis podczas niedzielnego spotkania.

Najlepszy mecz: Astralis vs FaZe Clan

Uznawanie finału za najbardziej emocjonujący mecz może wydawać się oczywiste, ale w tym wypadku nie ma żadnej innej możliwości. Obie drużyny bardzo gładko przeszły przez fazę grupową, oddając raptem po jednej mapie swoim przeciwnikom, by stanąć ponownie przeciwko sobie w dawno niewidzianym systemie BO5.

Sześć godzin siedzenia w Spodku podczas wielkiego finału i cztery rewelacyjne mapy. Każda z nich pełna emocji, niemożliwych clutchy, dziesiątek headshotów z Deagle’a i zaciśniętych pięści roztargnionych kibiców. W jednym spotkaniu dostaliśmy potwierdzenie aktualnej formy Astralis i ich umocnienie na pierwszym miejscu międzynarodowych rankingów oraz początek walki o puchary zawodników FaZe.

Nawet sam system best-of-5 wyszedł na dobre nie tylko zawodnikom, ale również zachwyconym kibicom. Gdyby całość kończyła się na piątej mapie, mielibyśmy idealne spotkanie, które zapisałoby się na kartach historii Counter Strike’a nawet na dłużej niż to zakończone zwycięstwem Astralis 3:1.

Milo jest czasami poczuć jakąś odmianę. BO5 przynosi zupełnie inne oczekiwania, emocje, diametralnie zmienia podejście graczy do kolejnych map, zwycięstw i porażek, a para FaZe-Astralis spisała się w tym eksperymencie na piątkę z plusem. Obie drużyny mogą pochwalić się bardzo szerokim wachlarzem preferowanych map, dzięki czemu każdy kolejny punkt był niemal wyszarpywany z zębów rywali.

Najładniejsza akcja: Ace dupreeha z Deagle’a

Desert Eagle odegrał ogromną rolę w niedzielnym finale. Broń była częścią praktycznie każdej rundy, gdzie któraś z drużyn nie mogła pozwolić sobie na pełne wyposażenie, a najwięksi miłośnicy wywołujących gęsią skórkę headshotów decydowali się nawet na spróbowanie swoich sił z Deaglem w rundach pistoletowych.

Niemal każda taka runda kończyła się kilkoma ładnymi strzałami, jednak to czego dokonał gracz Astralis, Peter „dupreeh” Rothmann, nie da się opisać słowami. Zarówno na Overpassie, gdzie w kilka sekund wybił całe FaZe, jak i na nuke’u, ugrywając pięknego clutcha na trzech przeciwników, w kluczowych momentach przywracał nadzieję na zwycięstwo. Imponuje więc nie tylko sama mechanika, ale również pewność siebie i stabilna ręka w najważniejszych dla drużyny rundach.

Najlepszy zawodnik: Andreas „xyp9x” Højsleth, Astralis

Organizatorzy turnieju oraz serwis HLTV.org byli jednogłośni w wyborze MVP (Most Valuable Player, najlepszy zawodnik turnieju). Podjęte bez wahania decyzje poskutkowały dwiema nowymi statuetkami na nocnej szafce xyp9x’a. Trudno się z taką decyzją nie zgodzić.

Jeszcze niedawno plotkowało się o zmianach w składzie i rozważało odejście Andreasa z drużyny. Jak słusznie zauważył na Twitterze jeden z najlepszych esportowych analityków, Duncan „Thorin” Shields, wystarczyło po prostu dać mu trochę czasu. Kilka chwil później xyp9x z devicem i kjaerbyem u boku niesie swoją drużynę po zwycięstwo.

308 zabójstw, 237 śmierci i aż 12 ugranych clutchy. Już same statystyki mówią o całkowitej dominacji. Wystarczy zerknąć w liczby, żeby zobaczyć, jak ogromny wpływ na triumf Astralis miał xyp9x. Rewelacyjny występ, kilka(naście) inteligentnych, imponujących zagrań i pewne egzekwowanie tkwiącego w głowie planu na przełomie całych pięciu dni.

IEM w Katowicach, mimo szybkiej porażki Virtus.pro, dostarczył równie dużo emocji co ostatni ćwierćfinał Polaków czy jeszcze wcześniejszy półfinał. Nie mieliśmy okazji zobaczyć na głównej scenie ekipy Neo, ale w zamian Duńczycy postanowili zaserwować nam kawał wielkiego widowiska. Patrząc na liczbę niespodzianek na tegorocznej imprezie, ten IEM może być przywoływany przez długie lata jako początek fali triumfów.

  • Przemek

    „nieco mniej trudniejsi”
    ?