4

Call of Duty: Infinite Warfare – recenzja. Zapnijcie pasy, lecimy w kosmos

Call of Duty: Infinite Warfare jeszcze przed premierą zostało chłodno przyjęte. Widać to było w ocenach zwiastunów i komentarzach na YouTube. W tym samym czasie Battlefield zaskarbił sobie serca graczy - i ma to również odbicie w wynikach sprzedaży nowego CoDa. Sprawdźmy więc ile warte jest Infinite Warfare.

Zapnijcie pasy, lecimy w kosmos

Seria Call of Duty romansowała już z kosmosem, ale nigdy na tak dużą skalę. Całe Infinite Warfare to jedna wielka kosmiczna przygoda i …jestem w stanie w nią uwierzyć. Nic nie jest tu przekolorowane, zbyt sterylne, czy naciągane. Podobają mi się projekty broni, statków (większych i mniejszych) oraz cała opowieść o problemach z buntownikami z Marsa. Tryb dla jednego gracza opowiada bowiem o Froncie Obrony Kolonii (FOK), który wypowiada wojnę Ziemianom, wygłaszając hasła wielbiące planetę Mars. Nie podoba mi się tu w zasadzie tylko główny antagonista, który jest zbyt oczywisty i zbyt płytki – to był motyw, który można było fabularnie poprowadzić lepiej, głębiej, tymczasem prawie całkowicie go zignorowano.

Mamy więc oddział specjalny walczący z atakującymi Ziemian buntownikami, mamy nieoczekiwane przejęcie dowodzenia nad jednym z ocalałych ziemskich krążowników kosmicznych i odpieranie ataków szalonych wręcz, opętanych niczym Helghaści z Killzone wojowników chcących wybić swoich przeciwników. Mamy też wycieczki na planety naszego Układu Słonecznego – grubo.

Kampania oferuje około 7 godzin zabawy, jeśli zdecydujecie się zaliczać również wyświetlane na kosmicznej mapie misje poboczne – 8 z kawałkiem. Te niestety są przewidywalne, najczęściej polegają na lataniu Szakalami, kosmicznymi myśliwcami i toczeniu walk w kosmosie. Ciekawiej prezentują się misje, gdzie poza walką wbijamy na gwiezdny krążownik – ale to wciąż powtarzający się schemat, który zaliczyłem tylko dla świętego spokoju. Uzupełnienie wątku fabularnego prawie tu nie istnieje i niczego w opowieści nie zmienia.

A jak z intensywnością? Tu niestety spodziewałem się czegoś więcej – są momenty zapierające dech w piersiach, zrobione w typowym dla Call of Duty stylu, z rozmachem i toną wybuchów. Ale są też misje, gdzie wszystko strasznie wyhamowuje, przez co nie miałem ochoty zaliczyć kampanii za jednym posiedzeniem. To jednak wciąż jedna z ciekawszych kampanii CoD ostatnich lat – chwilę wcześniej zaliczyłem jednak opowieść w Titanfall 2, do którego Infinite Warfare niestety trochę brakuje.

Głosy polskich gwiazd

Jakiś czas temu wrzucałem na nasz kanał na YouTube materiał pokazujący, jak prezentują się polskie głosy w Call of Duty: Infinite Warfare.

To pierwsza pełna polonizacja gry z tej serii i ogólnie wypadła moim zdaniem bardzo dobrze. Nie czułem potrzeby zmiany języka na angielski (można to zrobić na konsolach, nie można na PC), ale nie jest idealnie. Najlepiej wypadł Marcin Dorociński wcielający się w rolę głównego bohatera i Jarosław Boberek grający robota Ethana. Swoją drogą to właśnie blaszak wydaje się być najbardziej ludzką postacią i to jego najbardziej z kampanii zapamiętam. Nie sprawdziła się natomiast drewniana Olga Bołądź i Łukasz Simlat, który nie pasuje do odgrywanego bohatera. Występ Mirosława Hermaszewskiego, pierwszego Polaka w kosmosie, traktowałbym raczej jako ciekawostkę i akcję promocyjną – wciela się on Marshalla, jednego z członków załogi statku Retribution – po prostu jest i tyle.

Polski wydawca nie ugrzeczniał wypowiedzi, leci więc trochę słów na „k” – i bardzo dobrze, nie lubię kiedy wojna podawana jest w otoczce nieużywanych w takich sytuacjach słów.

Bardzo podoba mi się ścieżka dźwiękowa, szczególnie motyw przewodni przygrywający w menu, a nie pamiętam by którykolwiek tego typu utwór z serii Call of Duty przypadł mi do gustu. Nie wiem natomiast czy w kosmosie powinienem słyszeć odgłosy strzałów, podobno „w kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku”.

Grałem na PlayStation 4 i technicznie trudno się do czegoś przyczepić. Jest 1080p i 60 klatek, przy czym podczas wybuchów pojawiały się czasem drobne spadki. Sprawdziłem też grę na PlayStation 4 Pro i ewidentnie widać wyższą rozdzielczość, choć gra potrafi puścić 60 klatek w podobnych momentach.

Multiplayer i tryb Zombie

Pierwszy raz w historii Call of Duty naprawdę spodobał mi się tryb Zombie, czyli swoista horda w wykonaniu CoD. Tym razem gracz zostaje rzucony do trochę zabawnej i odpustowej rzeczywistości lat 80. ubiegłego wieku, żywe trupy ubijać będziecie w szalonym wręcz parku rozrywki, pojawia się tu nawet David Hasselhoff. Fajna kolorystyka, fajny klimat, w sam raz do wybijania zombiaków. Tryb wydaje się tym razem bardziej przystępny dla osób, które dopiero sięgają po Call of Duty – narrator podpowiada na tyle dobrze, że nikt nie powinien poczuć się tu zagubiony. W tryb Zombie pogramy nie tylko po sieci, ale również na podzielonym ekranie, co w dzisiejszych czasach nie jest już przecież takie popularne – super.

Od lat nie jest mi z trybami multiplayer w Call of Duty po drodze i Infinite Warfare tego nie zmieniło. Jest szybko – jak zawsze, w sumie za szybko. Ale ja jestem już starym chłopem, zdecydowanie bardziej podobają mi się wolniejsze starcia na większą skalę w Battlefieldzie czy boje w Overwatch, gdzie odpowiedni dobór postaci w drużynie, kontrowanie i planowanie ma znaczenie. W Infinite Warfare, podobnie jak w Black Ops III liczy się tylko celne oko i dobry refleks. Momentami w IW nawet bardziej, bowiem respawny poustawiano w miejscach gdzie dzieje się akcja. Mi to kompletnie nie podpasowało, wielokrotnie ginąłem zaraz po odrodzeniu, szczególnie gdy gracze z przeciwnej drużyny odpalili swoje mocniejsze ataki.

Choć bieganie po ścianach i jetpack nie robią już takiego wrażenia jak wcześniej, ich odpowiednie wykorzystanie jest kluczem do dobrego wyniku. Ale to oznacza też, że próg wejścia jest wysoki i masa osób, które nie grały w tryby sieciowe w poprzednich odsłonach odpadnie po dwóch pierwszych meczach. Sam miałem ochotę wyłączyć grę po trzydziestu minutach, przeskoczenie do sieciowych zmagań w Infinite Warfare nie przyszło mi łatwo i wolałem futurystyczne strzelanie w Titanfall 2.

Jakie nagrody za zabijanie kolejnych przeciwników? Oczywiście futurystyczne – radar, rakiety, bombardowanie z powietrza, działka, zabójczy robot czy drony z przesyłką. Tyle tylko, że to wszystko już było wcześniej, podobnie jak w temacie trybów – drużynowy deatchmatch, dominacja, znajdź i zniszcz itd. Nie rzucił mnie również na kolana promowany przez twórców Obrońca, gdzie należy przejąć drona i zbierać punkty. Świeżości nie ma tu zbyt wiele.

Zarówno w trybie kampanii, jak i multiplayerze mamy więc nowe szaty, ale ubrano w nie starą mechanikę. Pociski wchodzą tak samo, identycznie czuć spust czy model poruszania się postaci. Jedni uznają to za atut, ja chciałbym czegoś nowego, może całkowitej odmiany, ileż można grać w to samo? Mam wrażenie, że właśnie ta wtórność, w połączeniu z kolejną podróżą w przyszłość sprawiły, że przyjęcie zwiastunów gry było słabe, a gra nie sprzedaje się tak dobrze, jak poprzednie odsłony w analogicznym okresie.

Werdykt

Grało mi się dobrze. Tylko tyle i aż tyle. Z jednej strony jedna z lepszych kampanii, z drugiej nie zobaczyłem nic odkrywczego. Na pewno warto docenić, że nie pokpiono któregokolwiek z trybów kosztem innego. Kampania jest w porządku, multi jest w porządku, tryb zombie nawet bardziej niż w porządku – a doskonale wiecie, że w poprzednich odsłonach coś zawsze mniej lub bardziej kulało.

To po prostu kolejne Call of Duty ze wszystkimi plusami i minusami, jakie się z serią wiążą. W chwili jednak kiedy kampania Titanfall 2 przyciąga do ekranu bardziej, a Battlefield idzie w zupełnie inny okres, Infinite Warfare pozostaje w ich cieniu i nie zdziwię się, jeśli finalne wyniki sprzedaży to pokażą. Ale może dzięki temu ktoś w Activision wreszcie zdecyduje się na jakieś konkretne zmiany, a nie tylko ubieranie gry w nowe szaty i rzucanie w nowe „settingi”.

Ocena: 7/10

  • Bozz

    Na liście bestsellerów Steam pozycja nr 18, chyba nie trzeba nic dodawać.

    • Paweł Winiarski

      Ciekawe czy przez to Activision zdejmie wreszcie różowe okulary i zobaczymy jakieś konkretne zmiany w serii (i sposobie jej wydawania)

  • Marek

    Gdyby nie „chlodne” przyjęcie pierwszej zapowiedzi nowego cod, nigdy nie byłoby dubbingu. W ten sposób dystrybutor chciał się ratować przed kiepską sprzedażą gry.

    • Paweł Winiarski

      Może tak być. Ale…
      Chłodne przyjęcie to raczej hardkorowi gracze, casualom nie chce się komentować takich rzeczy. Znowu hardkorowcy gardzą w naszym kraju (na przykład) polskimi wersjami, za to kochają je casuale, bo jest swojsko.