netflix bojack grafika
15

Dawno nie byłem tak poruszony serialem – Netflix mnie oczarował i zniszczył

Długo przymierzałem się do tego serialu, po pierwszych odcinkach zrobiłem sobie sporą przerwę, bo uznałem, że jest przereklamowany. Gdy jednak wróciłem, nie mogłem się oderwać i szybko wchłonąłem resztę. Nierzadko śmiałem się głośno do monitora i ponownie odtwarzałem niektóre sceny, uznając je za mistrzostwo. Po wielu odcinkach musiałem mieć jednak nietęgą minę, nerwowo drgała brew - odbierałem solidną porcję smutku serwowaną przez twórców. Jeśli chcecie obejrzeć serial wywołujący skrajne emocje w ciągu kilku-kilkunastu minut, musicie włączyć BoJack Horseman. Animacja dla dorosłych wryła się w mój umysł chyba najmocniej ze wszystkich obejrzanych do tej pory propozycji serwisu Netflix.

BoJack Horseman nie jest serialem nowym. Część z Was stwierdzi pewnie, że to staroć i zapyta, dlaczego o nim piszę. Odpowiedzi będzie przynajmniej kilka: nadchodzi czwarty sezon, więc warto przypomnieć tytuł, animacji nie poświęciliśmy jeszcze miejsca na AW, o innych produkcjach amerykańskiej platformy było dużo głośniej i ten serial mógł być traktowany po macoszemu. Zauważyłem też, że spora część moich znajomych nie kojarzy tytułu. Netflix jest im nawet dobrze znany, ale jakoś nie wpadli na pomysł, by poświęcić czas powieści o człowieku-koniu…

Ostatnie słowa poprzedniego akapitu mogły namieszać w niektórych umysłach, wiec szybko tłumaczę: w świecie tej animacji żyją ludzie, ale też zwierzęta, które zachowują się jak ludzie. Antropomorfizacja pełną gębą. Krowa jest kelnerką, orka striptizerką, kot policjantem, a królik pracuje w korporacji. Noszą ubrania, jeżdżą samochodami, uprawiają międzygatunkowy seks. Zabawne jest jednak to, że pozostawiono im niektóre zwierzęce zachowania (czasem stereotypowe) – pies reaguje nerwowo na listonosza, kocica bawi się drapakiem, dom chomika ma tunele, a ptaki latają. W garniturach. To wielkie pole do popisu na polu tekstowym – nie brakuje gier słownych dotyczących zwierząt i ich zachowań – oraz doskonały wypełniacz, element tworzenia tła. Czasem warto przyjrzeć się dokładnie scenie, by spostrzec, co wyczyniają zwierzaki.

Tytułowy BoJack Horseman żyje w Los Angeles. Jest celebrytą, który szczyt sławy ma dawno za sobą: w latach 80. i 90. XX wieku był gwiazdą popularnego sitcomu Rozbrykani, a potem jego kariera się urwała. Jak żyje dzisiaj? Każdy dzień wygląda podobnie: alkohol, narkotyki, seks, imprezy i sarkazm. Całkowita autodestrukcja. Ma kasę, wielki dom, ludzie wciąż rozpoznają go na ulicy (jako „tego gościa z Rozbrykanych”), a nawet kilku przyjaciół, ale szczęścia w tym nie uraczycie. Zamiast tego mamy ciągłe użalanie się nad sobą, poszukiwanie sensu życia, pakowanie się w tarapaty, niszczenie wszystkiego, co się da.

W tej produkcji humoru jest cała masa – uwierzcie. Satyra z Hollywood, celebrytów, showbiznesu, telewizji i korporacji wręcz wylewa się z ekranu. I można się z tego śmiać do łez, ale często przychodzi refleksja, że przecież współtworzymy ten świat. Może nie blichtru Hollywood, ale ogłupiających programów telewizji śniadaniowej, mediów społecznościowych, gwiazdek pozbawionych talentu. To wszystko istnieje dzięki odbiorcom. Klasyka: z kogo się śmiejecie? Z siebie się śmiejecie. Nie będę przy tym ukrywał, że zakończenia odcinków nie są optymistyczne (zazwyczaj), twórcy nas nie uspokajają i aplikują cios między oczy.

Czy ów cios serwuje nam BoJack Horseman, podstarzały gwiazdor, który nie liczy się z niczym i nikim, bohater, którego można jednocześnie kochać i nienawidzić? Zazwyczaj tak. Ale w ciągu trzech sezonów dowiadujemy się, że kiedyś ta postać była inna: wrażliwa, wystraszona, sympatyczna. Dzisiaj patrzymy na „produkt” showbiznesowej machiny, narzej rzeczywistości. Może mógł dokonać w życiu innych wyborów, może przyjaciel na łożu śmierci nie wyrzucałby go z domu, może zaznałby miłości. Może. Stało się jednak inaczej, BoJack Horseman siedzi na dywanie otoczony butelkami i ogląda w kółko odcinki serialu, który uczynił go sławnym. A jeśli już wyjdzie z domu doprowadza do jakiegoś nieszczęścia.

Mocna rzecz. Zwłaszcza, że porusza naprawdę ważne tematy, m.in. aborcję, konsumpcjonizm czy molestowanie i pokazuje, jak obecne społeczeństwo potrafi je spłycić, przykryć, zastąpić czymś błahym. I gdy wydaje się nam, że to przesada, uświadamiamy sobie, że wystarczy włączyć telewizję o 9.30, by zobaczyć podobne obrazki na kilku kanałach. Przez jakiś czas motywem przewodnim serialu jest tworzenie teleturnieju z gwiazdami (zapamiętacie jego tytuł, oj zapamiętacie…) i chociaż program wydaje się kosmicznie głupi, dochodzi do człowieka, że własnie to możemy dzisiaj obejrzeć szukając wieczorem rozrywki. Grzegorz pisał kiedyś o nowej odsłonie Milionerów TVN, która to potwierdza. A mamy przecież znacznie mocniejsze przykłady…

Za co polubiłem serial BoJack Horseman? Odpowiedzi mógłbym podać kilkadziesiąt. Serio. Bardzo podoba mi się wplatanie w fabułę prawdziwych postaci, odniesienia do innych dzieł popkultury i puszczanie oka do widza. Fenomenalni są bohaterowie: chociaż tytułowa postać „robi robotę”, to towarzyszące mu osoby/zwierzęta są równie dobre. Każdy ze swoimi szaleństwami, wielowymiarowy i… nieszczęśliwy. Do tego dochodzi brak cenzury, ale nie oznacza to, że wszystko dostajemy na tacy – cieszę się, że widz nie jest traktowany jak idiota. Do dalszego oglądania zachęcały też absurdy pojawiające się w każdym odcinku – motyw z makaronem zagrażającym miastu i akcją ratunkową będzie mi się pewnie śnił po nocach. A wszystko to podane w krótkich odcinkach, dzięki czemu można do nich wracać, gdy pojawi się wolna chwila. Bo zdecydowanie warto wracać. Zazdroszczę jednak tym, którzy serialu jeszcze nie widzieli – czekają ich trzy sezony jazdy bez trzymanki. Za kilka tygodni dojdzie czwarty i przyznam, że czekam z niecierpliwością.

Pisząc krótko: oglądajcie BoJack Horseman, bo to majstersztyk.