19

Biznes na hejcie? „Nie polecam w…”

Lokowanie produktów, sponsorowane recenzje, trefne portale informacyjne czy opłaceni trolle zalewający komentarze. Wiarygodność informacji w Internecie jest niewielka, a jej prawidłowa ocena trudna i nierzadko czasochonna. Tymczasem wielu z nas podchodzi do wszystkiego co przeczyta zupełnie bezkrytycznie, a wyniki badań podsumowujące zaufanie Polaków do treści z Internetu są przerażające. Mechanizm działania popularnych stron "Nie polecam w...", jest typowym przykładem fałszywych treści, przemycanych pod przykrywką bezinteresownej, społecznej inicjatywy.

Ale po kolei. Na mojej facebookowiej tablicy ostatnio wyskoczyła reklama fanpage’a o znajomo brzmiącej nazwie „Nie polecam w”. Polacy uwielbiają narzekać, a i możliwość poczytania o cudzych problemach wydaje się bardzo kusząca – popularność tego typu stron zupełnie mnie nie dziwi. Zastanowiło mnie jednak to, że ktoś w promocję strony zainwestował pieniądze.

Facebook bardzo zazdrośnie pilnuje własnej kasy i od lat aktywnie blokuje wszystkie próby zarabiania na serwisie. Handel fanpage’ami praktycznie zlikwidowano, a i farmy lajków w zasadzie przestały mieć sens. Na czym zatem planuje zarobić właściciel fanpage’a? Nikt chyba nie poświęca czasu i żywej gotówki bez nadziei na zysk. Jak zarobić na „nie polecam w”?

Recepta na własny biznes w 3 krokach.

Krok pierwszy. Zakładamy anonimowo fikcyjny profil na Facebooku i z jego poziomu zakładamy fanpage o nazwie „Nie polecam w _nazwa miejscowości_”. Miejscowość jest w zasadzie dowolna, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby założyć kilkadziesiąt takich fanpage’y. Dodajemy parę wpisów, opartych na własnych doświadczeniach, skopiowanych i przystosowanych na nasze potrzeby z innych takich fanpage’y lub całkiem wyssanych z palca.

Krok drugi. Inwestujemy w reklamę. Koszty reklamy, przy zasięgu lokalnym są niewielkie. Im mniejsza miejscowość tym mniejszy potencjał „biznesowy”, jednak koszt dotarcia do naszych odbiorców jest proporcjonalnie mniejszy. Poza tym, wystarczy osiągnąć pewną masę krytyczną, żebym popularność naszej strony zaczęła żyć własnym życiem. Ludzie z chorobliwą wręcz fascynacją lajkują takie strony i sama informacja o tym, że ktoś z naszych znajomych polubił fanpage, z reguły wystarcza, żeby samemu kliknąć lubię to. W krótkim czasie strona powinna rozpropagować się „wirusowo” sama.

Krok trzeci. Czekamy na pełne jadu, hejtu i złośliwości wiadomości od „fanów”. Zgodnie z zasadami tego typu stron, zamieszczamy je anonimowo. Trzeba to robić ręcznie, na zasadzie kopiuj/wklej. Żaden wielki wysiłek. W krótkim czasie wszystko zaczyna żyć własnym życiem.

Darmową reklamę mogą zrobić nam nawet „tradycyjne” media:

A gdzie tu kasa?

Pieniądze pojawiają się w momencie kiedy oskarżenia padają pod adresem osób, firm lub instytucji, którym takie wpisy się nie podobają. Czy to z powodów wizerunkowych, czy w trosce o dobre imię, prędzej czy później ktoś się zgłosi z pretensjami i żądaniem usunięcia jakiegoś wpisu. Nie ma tutaj kompletnie znaczenia, czy będą to żądania uzasadnione. Czy hejt i oskarżenia są zasadne, czy zupełnie wyssane z palca. Istotne jest tylko to, że w zasadzie nie istnieją mechanizmy weryfikacji takich anonimowych treści. A ich ofiary są praktycznie bezradne.

Nie jestem karnistą, ale obrona naszego dobrego imienia (kk art. 212) odbywa się z oskarżenia prywatnego, i żeby iść z tym do sądu musimy znać personalia osoby nas szkalującej. Tymczasem nawet ustalenie danych osobowych właściciela fanpege’a może okazać się niemożliwe. Nawet jeśli nam się uda taka sztuka i sąd zajmie się sprawą – właściciel strony jest nie do ruszenia. Posiadając „dupochron” w postaci korespondencji prywatnej na FB, w najgorszym razie zostanie zmuszony do pomocy w namierzenie prawdziwego autora kalumni lub oszczerstwa. Tymczasem treści szkalujące miesiącami lub latami mogą być dostępne publicznie i cały czas wyrządzać szkody ich ofierze.

Wobec praktycznego braku możliwości wyegzekwowania usunięcia niewygodnych treści, automatycznie pojawia się pytanie, ile warte jest dobre imię, wizerunek czy zaufanie społeczne. Proponujemy wtedy naszej bezradnej ofierze odpłatne usunięcie wpisu. Jeśli nasze oczekiwania finansowe nie będą zbyt wysokie i spotkają się z akceptacją po drugiej stronie transakcji, finalizujemy „deal” i usuwamy wpis. Oczywiście skoro ścieżka została przetarta, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby za jakiś czas ponownie umieścić jakieś oszczerstwo i znowu wydoić naiwniaka.

Jak widać przedsiębiorcy podejmują próby walki. Bez powodzenia.

Jak się bronić?

Nie znam skutecznych metod walki z takim procederem. Można próbować komentować wpisy nas dotyczące, prostując nieprawdę, skończy się to jednak szybko banem. Można zgłosić  się do administracji Facebooka, nie mam pojęcia jednak w jaki sposób i czy w ogóle ktokolwiek zareaguje.

Jedyne co pozostaje,to podejść do anonimowych, niemożliwych do zweryfikowania informacji z Internetu, z czymś więcej niż szczyptą sceptycyzmu. Powstrzymać się od śledzenia takich stron i wspierania tym samym tego wątpliwego moralnie procederu. Edukować znajomych, uczyć zasady ograniczonego zaufania, która powinna obowiązywać przy ocenie każdej treści dostępnej w sieci. Nie w każdym kłamstwie kryje się ziarno prawdy. Naprawdę.