4

Recenzja filmu Avengers: Wojna bez granic. Nieziemskie, fantastyczne widowisko, ale z kin wyjdziecie pewnie wkurzeni

Seans Avengers: Wojna bez granic (lub Infinity War, jak niektórzy wolą) już za mną. Muszę przyznać, że zostałem wgnieciony w fotel skalą tego przedsięwzięcia. Nie mówię tutaj wyłącznie o efektach specjalnych, a o całokształcie. Trudno mi nazwać tak popkulturowy twór kinowy majstersztykiem, żeby nie nadepnąć na odcisk fanom tej bardziej ambitnej części kinematografii. W swojej kategorii jednak najnowsza odsłona Avengers jest zwyczajnie bezkonkurencyjna.

Uwaga: recenzja pisana w taki sposób, żeby uniknąć spoilerów. Niestety, jak to w życiu bywa, czasem coś może przemknąć. Wierzę jednak, że przeczytanie tekstu nie zepsuje Wam seansu.

Trudno się pisze recenzje filmów, po obejrzeniu których człowiek zbiera szczękę z podłogi. Kinowe uniwersum Marvela dotąd dostarczało wielu dowodów na to, by oceniać je jako udane. I nie chodzi jedynie o rekordowe przychody, ale też oceny samych produkcji, które na ogół były bardzo przyzwoite (a w przypadku ostatnio wypuszczonego Black Panther nawet bardziej!).

Sam doskonale bawię się na każdym filmie Marvela począwszy od pierwszego Iron Mana, przez pierwszego Kapitana Amerykę, a na Thorze: Ragnarok (którego nadrabiałem wieczór przed seansem Avengers i zdecydowanie polecam Wam to samo) skończywszy. Po tych wszystkich latach wiem już czego się po nich spodziewać i chyba ani razu nie odszedłem od ekranu rozczarowany. Avengers: Wojna bez Granic przeszło jednak moje najśmielsze oczekiwania.

Avengers Wojna bez granic Thanos

Przy okazji Wojny bohaterów drwiono nieco z Disneya, że komiksowe starcie armii superbohaterów zamienił na bójkę gromadki indywidualności na lotnisku. W Wojnie bez granic przybywa nam kilka postaci, co zdecydowanie czuć. Skala i rozmach tego filmu wręcz porażają. Trudno oderwać wzrok od ekranu i to szczególnie zdumiewające, bo sama historia jest prosta jak budowa cepa.

Fabuła Avengers: Wojna bez granic jest prosta… i to zdumiewa, bo film przykuwa do ekranu

Akcja Avengers: Wojna bez granic rozpoczyna się niemal idealnie po zakończeniu ostatniego Thora: Ragnarok. Thanos napada na statek Asgardczyków, na którym znajdują się Thor, Loki i Hulk. Celem jest oczywiście jeden z kamieni nieskończoności. Tak się zaczyna trwająca blisko 2,5 godziny wojna, w której główny zły i jego pomagierzy przemierzają wszechświat w poszukiwaniu kolejnych kamyków. Na drodze stają im niemal wszyscy kinowi superbohaterowie Marvela. Braki są naprawdę minimalne (nie ukrywam jednak, że brak angażu dla Ant-Mana jest nieco rozczarowujący, ale może to dlatego, że planowany na lato Ant-Man i Osa ma się rozgrywa tuż przed wydarzeniami z tej części Avengers).

Avengers Wojna bez granic Mantis Thor Rocket

Bitwy w Avengers: Wojna bez granic toczą się oczywiście nie tylko na ziemi, ale również innych planetach. Szczególnie starcie Iron Mana, Doktora Strange, Spider Mana i Strażników Galaktyki z Thanosem na Tytanie robi piorunujące wrażenie, a jest ono niemal równolegle prowadzone z epicką bitwą na przedpolach Wakandy. Jest to zdecydowanie zrealizowana z największym rozmachem batalia w historii całego kinowego uniwersum Marvela. Ogląda się to wszystko z zapartym tchem.

Postaci w Avengers: Wojna bez granic, czyli festiwal osobliwości!

Avengers: Wojna bez granic to jednak przede wszystkim bohaterowie. Po raz pierwszy udało się w jednym filmie upchnąć tyle osobistości. Starcie ego Star-Lorda, Tony’ego Starka i Doktora Strange zostało zaprezentowane po mistrzowsku – dokładnie takich relacji się spodziewałem po tych postaciach. Tom Holland jako Spider-Man dalej trzyma bardzo wysoki poziom i zdobywa u mnie kolejne punkty (i pomyśleć, że tak mocno krytykowałem jego wybór do tej roli). Strażnicy Galaktyki to natomiast klasa sama w sobie. Odgrywają tutaj szczególnie istotną rolę i nie mam tutaj na myśli jedynie ubogacenia filmu o garść humoru.

Nieco gorzej sytuacja wygląda w drugiej grupie uderzeniowej. Kapitan Ameryka nie jest już tak charyzmatyczny i wyrazisty jak wcześniej (może to przez brak tarczy?). Znacznie więcej z siebie dają Czarna Wdowa, Bruce Banner (Hulk) i Scarlet Witch. Tutaj czuć jakieś emocje, motywy, problemy i rozterki – jest po prostu ciekawie. Nawet flegmatyczny i denerwujący Vision wypada od Steve’a Rogersa lepiej. Szkoda. W roli przywódcy natomiast doskonale spisuje się Czarna Pantera, który może nie dał wielkiego popisu w scenach walki, ale nadrabiał charyzmą.

Po drugiej stronie barykady mamy Thanosa i grupkę jego podnóżków, którzy szczególnie nie budzą emocji – ot wstawiono ich po to, żeby bohaterowie mieli z kim walczyć. I dobrze, bo to stworzyło miejsce na zbudowanie pełnowartościowego czarnego charakteru. A ten naprawdę wypadł przekonująco. Thanos nie dąży do unicestwienia wszechświata „bo tak”. Stoją za tym konkretne pobudki i argumenty. Charakter i emocjonalność tej postaci są budowane właściwie przez cały film. I choć trudno nazwać ją jakoś szczególnie skomplikowaną (ot pragmatyk wyznający zasadę, że cel uświęca środki), to fajnie, że twórcy nie ograniczyli się jedynie do stworzenia tępego osiłka, który z hasłem „niszczyć” na ustach zbiera kolorowe kamyki do swojej przerośniętej rękawicy. Zamiast tego otrzymujemy konkretne, choć podane w przystępny sposób na tacy, wyjaśnienie jego motywów.

Morze efektów specjalnych w Avengers przeplata się z patosem kruszonym przez typowe dla tych filmów poczucie humoru

Wartkiej akcji towarzyszą efekty specjalne, które wręcz wgniatają w fotel, ale to chyba nie jest zaskoczeniem, prawda? Pokaz recenzencki odbywał się w kinie IMAX w technologii 3D. Przyznam szczerze, że od ilości dynamicznych scen oglądanych przez okulary 3D zwyczajnie rozbolała mnie głowa. Dzieje się tutaj tyle, że momentami widz wręcz po cichu woła „wolniej, nie nadążam”. A mimo to, chwilę później wszystkie wątki się zazębiają, tworzą spójną całość i wrażenie chaosu rozmywa się. Zastępuje je natomiast wzniosłość i patos, ale podane w mało infantylny i lekkostrawny sposób – wszystko dzięki typowemu dla Marvela poczuciu humoru (żarty, żarty, wszędzie żarty – ale na szczęście nie przekroczono pewnej granicy, do której wiele filmów niebezpiecznie się zbliżało). Zresztą szybko o nich zapominamy, bo po krótkiej wymianie zdań bohaterowie znowu zaczynają się okładać po gębach… Zdecydowanie nie jest to film dla osób, które lubią stopniowanie napięcia i powoli rozgrywaną fabułę z dużym naciskiem na klimat. Klimat jest, napięcie też, ale już od pierwszych sekund wylewają się one wręcz z ekranu – jak u Hitchcocka, a więc najpierw trzęsienie ziemi, a potem coraz więcej i więcej.

recenzja Avengers

I tak biegniemy sprintem do końca, który nadchodzi szybciej niż by można się tego spodziewać. I tu pojawia się niedosyt, rozczarowanie i nerwy – ja chcę jeszcze! Niech to wszystko trwa kolejne dwie godziny i 30 minut! Avengers: Wojna bez granic kończy się cliffhangerem (co zresztą było wiadomo od dawna), którego rozwikłanie poznamy dopiero za rok… Otóż ani kolejny Ant-Man ani Captain Marvel nie pokażą nam dalszego ciągu, bo ich akcja rozgrywa się przed wydarzeniami z Infinity War (Captain Marvel to wręcz prequel, w którym mamy się cofnąć do lat ’90). Choć czuję jakiś niedosyt, to nie mogę napisać, że zakończenie mnie zawiodło. Gdybym miał porównać ten film do jedzenia, czułem się jakbym właśnie zjadł świetne przystawki, rewelacyjne oraz sycące danie główne i był tak rozochocony ich smakiem, że po prostu nie mogę doczekać się deseru… Czy jakoś tak.

Nie oczekujcie od Avengers: Infinity War, że będzie to film wzniosły, poruszający, łamiący schematy i stanowiący alegorię jakiegoś problemu społecznego. Chyba już nikt w ten sposób na kino Marvela nie patrzy, prawda? To po prostu doskonała zabawa. Prosta historia podana w fantastyczny, widowiskowy i wgniatający w fotel sposób. Jeżeli lubicie superbohaterów Marvela i nie opuściliście dotąd żadnej części tego uniwersum, będziecie wręcz wniebowzięci. Jeżeli nie – ten film ma szansę to zmienić i skutecznie namówić Was do nadrobienia zaległości. Ode mnie soczysta dycha. Jestem fanem, bawiłem się doskonale, czuję ogromny apetyt na więcej i więcej!