Czwórka z Sheffield powraca. Fani zespołu Arctic Monkeys czekali aż pięć lat na nowy krążek swoich ulubieńców i tym razem czekała na nich największa niespodzianka ze wszystkich. Nowego albumu nie promowały żadne single, data ujawniono niedługo przed wydaniem płyty, a podczas pierwszego odsłuchu 11 maja nie jeden z fanów z pewnością łapał się za głowę i sprawdzał czy na pewno włączył nowe utwory Arctci Monkeys. Bo ci na “Tranquility Base Hotel and Casino” brzmią kompletnie inaczej, niż do tej pory.

Ale nie jest to zbyt obce doświadczenie, ponieważ “Humbug” czy “AM” też były na swój sposób inne, niż poprzednie dokonania zespołu. Tym razem jednak mówimy o ekstremalnie odmiennym projekcie, który można kochać albo nienawidzić. A miłość do nowego krążka nie jest łatwa i rozwija się raczej powolnie. Dopiero w kilkanaście dni po premierze mogę śmiało napisać, że nie jest to gorsza płyta od poprzednich i że mam kilka swoich ulubionych utworów. Wcześniej taka sytuacja była nie do pomyślenia – nowe kawałki momentalnie wpadały w ucho, nie wymagały tyle skupienia i analizy ze strony słuchacza. Były zazwyczaj lżejsze w odbiorze, co nie oznacza, że łatwiejsze w zrozumieniu.

Arctic Monkeys

Bo Alex Turner – frontmen, wokalista i główny kompozytor Arctic Monkeys – odbywa tym razem kolejną ze swoich podróży zabierając nas do hotelu na Księżyciu i świata science-fiction. Właśnie o tak brzmiącym tytule utwór został napisany przez Turnera jako pierwszy z płyty i nadał kształt oraz brzmienie pozostałym. A gdy mówimy o brzmieniu, to nie sposób pomylić tej płyty z którąkolwiek inną.

Turner mówi o tym bez ogródek – w rozmowie z BBC przyznał, że gdy nadszedł czas napisania czegoś nowego, po wzięciu gitary do ręki jego głowa była kompletnie pusta. Lekarstwem na brak pomysłów było pianino, które trafiło do jego domowego studia. To właśnie tam nagrał też część wokali, które w niemal oryginalnej formie trafiły do finalnej wersji niektórych utworów – jeśli się odpowiednio wsłuchacie, to wskażecie je po kilku chwilach.

Tranquility Base Hotel and Casino – tytuł tajemniczy jak cała płyta

nowa płyta Arctic Monkeys

Na “Tranquility Base Hotel and Casino” nie ma już śladu po młodych chłopakach energicznie walących w struny na gitarach czy eksplozywnej grze na perkusji Matta Heldersa, dzięki którym zasłynęli dwoma pierwszymi albumami. Zabrakło rockowego sznytu z “AM” i mrocznego klimatu “Humbug”. Spokojne i melodyjne, momentami wręcz hipnotyzujące dźwięki pianina nadają styl wszystkim utworom, które rzeczywiście z początku brzmią bardzo podobnie do siebie. By przyswoić atmosferę płyty potrzeba kilku odsłuchów, ale chyba najbardziej istotną sprawą w przypadku tego albumu jest to, że analogicznie do poprzednich, ten również świetnie brzmi w całości, kawałek za kawałkiem. Zdążyłem do tej pory przywyknąć, że gdy tylko mogę po prostu klikam “play” i nie wyłączam odtwarzania aż do ostatniego kawałka z płyty Arctic Monkeys. Tutaj również tak jest.

Jeśli usłyszeliście do tej pory, że nowy album mógłby lub wręcz powinien zostać wydany w latach ‘70, to nic tego bardziej nie potwierdza niż słowa Turnera na płycie. Choć wciąż pomiędzy linijkami obecny jest chłopak z niewielkiego brytyjskiego miasteczka marzący o spokojnym, ułożonym życiu z ukochaną, to można odnieść wrażenie, że faktycznie urodził się w niewłaściwym momencie. Palcem wytyka ciągłe bycie online, zdalne uczestnictwo w najważniejszych wydarzeniach i nieustanne wpatrywanie się w ekran telefonu. Robi to też tytułując utwór “The World’s First Ever Monster Truck Front Flip” – zapytany o pochodzenie tej idei odpowiada bez zastanowienia: “W takich czasach przyszło nam żyć”, a filmik ukazujący pierwszego front flipa wykonanego monster truckiem zyskuje setki tysięcy wyświetleń na YouTube. Utworem “Batphone” przypomina natomiast o naszej zależności od potrzeby bycia cały czas (wirtualnie) dostępnym dla innych.

Gdzie się podziały do cholery Arktyczne Małpy?

nowa płyta Arctic Monkeys

Od chwili, gdy po raz pierwszy usłyszałem płytę, biję się z myślami – czy słuchałbym jej tak często, gdyby to nie byli Arctic Monkeys? Panowie przyzwyczaili nas do dryfowania po przeróżnych odmianach rocka, ale nigdy do tej pory nie nagrali tak nostalgicznego i sentymentalnego albumu. Najwięcej brzmienia gitary uświadczymy w “Four Out Of Five”, który i tak nawet nie ociera się o brzmienie pięciu wcześniejszych nagrań. Nie będę ukrywał, że brakuje mi również tej odrobiny szaleństwa Matta na bębnach, który musiał zanudzić się na śmierć w trakcie sesji nagraniowych wystukując w kółko te same rytmy niecierpliwie wyczekując wyruszenia w trasę, co przyniesie mu okazję zagrania starszych numerów.

Po „AM” miałem wrażenie, że zespół wraca na tory z pierwszych płyt i szósty krążek będzie powrotem do korzeni, ach jak ja na to liczyłem. Jestem więc wściekły, że tak się nie stało, ale nowa płyta mnie jednak zachwyca.

Jak wiele zostało Arctic Monkeys w Arctic Monkeys? Podobno gitarzysta Jamie Cook reagował bardzo pozytywnie na materiały, które prezentował mu Turner jeszcze przed nagraniem, ale jak było naprawdę trudno powiedzieć. Momentami nie mogę pozbyć się wrażenia, że słucham solowego albumu Turnera, który postanowił odpocząć od dynamiki Arctic Monkeys. Ale to Alex stoi za sterem tego okrętu od samego początku i nie zamierza go opuszczać, a teraz zdecydowanie skierował się ku klimatom m. in. Bowiego co nadaje zespołowi zupełnie nowego brzmienia. Przewidzieć to, jak będzie wyglądać ich kolejny krążek jest jeszcze trudniejszym zadaniem niż kiedykolwiek wcześniej.

Wydanie CD – Tranquility Base Hotel and Casino

Za sprawą Sonic Records do Polski dotarło klasyczne wydanie albumu od wytwórni Domino – do recenzji przekazano właśnie digipacka. W środku, wewnątrz rękawów znalazły się oczywiście płyta CD w kopercie z logo płyty, a także booklet ze słowami wszystkich utworów oraz podsumowanie dokonań każdego, kto brał udział w powstawaniu krążka. Nie znajdziemy tu żadnych fajerwerków – książeczka oddaje styl brzmienia albumu, jest tradycyjna, a w samym środku zawiera zdjęcie modelu hotelu z innej perspektywy i Alexa Turnera poprawiającego jeden z jego (modelu) elementów. Samą płytę również zdobi kontur hotelu z okładki, którą zaprojektował Turner. Obyło się bez dodatków lub ukrytych utworów – tracklista to 11 kawałków, obyło się bez dodatkowych wydań nawet w Japonii.



W sprzedaży są też oczywiście winyle. Tak, zgadza się, więcej niż jedna wersja. Oprócz klasycznego, czarnego krążka, wydano edycję limitowaną w kolorze srebrnym oraz przezroczystą edycję specjalną. Wzorem innych zespołów, Arctic Monkeys sięgnęło także po coś jeszcze bardziej retro – kasetę magnetofonową. Tę można jednak tylko nabyć w pop-up store’ach, których w Polsce nie uświadczymy. Ich liczba jest (dość) ograniczona, dlatego pierwsi szczęśliwcy, którym udało się je dorwać, będą prawdopodobnie ostatnimi. A rynek wtórny podyktuje zapewne cenę z kosmosu, na której spadek będziemy czekać latami. O ile w ogóle do niego dojdzie.

Ocena albumu: ?

Zdążyłem polubić tę płytę i podobnie jak inni recenzenci ja również podeprę się silnej sugestii Turnera. Ocena cztery na pięć jest sprawiedliwa, bo jest to album odświeżający dyskografię zespołu, dość ryzykowny, ale dokładnie taki jakiego zespół potrzebował. Ci, którzy przywykli do wcześniejszego stylu mogą bardzo szybko się zawieść na “Tranquility Base Hotel and Casino”, ale osobiście znam osoby, które nie chciały słuchać dwóch pierwszych płyt Małp, a ich najnowsze dokonania po prostu uwielbiają.