47

Apple ściga się dzisiaj… z samym sobą. Inne firmy o takich wyczynach mogą na razie pomarzyć

Firma z Cupertino nie pozwala o sobie zapomnieć, informacje na jej temat pojawiają się każdego dnia. Co ciekawe, czasem amerykański moloch nie musi wiele robić - ciekawe rzeczy dzieją się "obok". Tak jest np. z rosnącą kapitalizacją gracza: nie było mocnej premiery, producent nie zapowiedział nowego sprzętu, niektórych nawet rozczarował wynikami, a kapitalizacja i tak wzrosła i osiągnęła historyczne maksimum. Możliwe, że to dopiero rozgrzewka przed atakowaniem szczytu - za jakiś czas firma może być warta nawet bilion dolarów.

Apple kilka lat temu brało udział w ciekawym wyścigu: z firmą Exxon Mobil walczyło o miano najdroższej korporacji świata, to był przez jakiś czas naprawdę intrygujący bój. Potem jednak cena ropy pikowała, zaczęto mówić o zmierzchu czarnego złota, a biznes z Cupertino wyrósł na niekwestionowanego lidera rynku. Krótko walczył o ten tytuł także Google, przypominał o sobie Microsoft, lecz na szczycie pozostawało Apple, które na początku tego tygodnia znowu wywołało okrzyki zachwytu (głównie akcjonariuszy): papiery wartościowe podrożały o kilka procent i pozwoliło to przebić próg 800 mld dolarów kapitalizacji. Wcześniej nie osiagnęła tego żadna amerykańska firma.

Pod koniec ubiegłego wieku firma była wyceniana na 10 mld dolarów, pułap 100 mld osiagnęła przed dekadą, a do pół biliona doszła pięć lat temu. Kilka kwartałów później nie brakowało opinii, że korporacja zaatakuje okrągły bilion, pomóc miał w tym m.in. nowy produkt, Apple Watch. Zamiast dalszej wspinaczki przyszła jednak korekta, która… wydaje się odległą historią. Od jakiegoś czasu firma znowu mocno drożeje, inwestorzy zacierają ręce. Swoje udziały w tym biznesie zwiększa np. Berkshire Hathaway, wehikuł inwestycyjny Warrena Buffetta, jednego z najbogatszych ludzi świata, określanego przez niektórych mianem „wyroczni z Omaha”. A skoro on zwiększa…

Działania multimiliardera w połączeniu z kolejną prognozą mówiącą o kapitalizacji na poziomie biliona dolarów (w ciągu roku) zrobiły swoje: akcje drożeją, mechanizm sam się nakręca. Trzeba przy tym pamiętać, że na korzyść Apple przemawiają też inne argumenty: firma ma na kontach ponad 250 mld dolarów, które może wykorzystać na różne sposoby (co nie znaczy, że tak zrobi), sprzedaż iPhone’a nadal jest wysoka i przynosi korporacji olbrzymie zyski. Rosną wpływy z usług, a wypuszczanie dodatków, np. bezprzewodowych słuchawek przynosi jej krocie. Nie można też zapominać, że za pół roku mamy poznać jubileuszowego iPhone’a, z którym część mediów i klientów wiąże spore nadzieje.

Jakub pisał wczoraj o plotkach dotyczących nowego sprzętu z logo nadgryzionego jabłka: mowa o inteligentnym głośniku, sprzęcie podobnym do produktu Amazona. Gadżet może i dziwny, nie do końca sensowny, lecz… jego pojawienie się będzie pewnie oznaczać duże zyski. Apple zarobi na czymś, co wzbudziłoby śmiech lub nie przyciągnęłoby uwagi rynku, gdyby miało logo innego producenta. Magia brandu. Magia, która sprawia, że kapitalizacja Apple jest dzisiaj większa, niż gospodarki większości stanów USA. Taki podmiot może sobie stawiać wielką siedzibę będącą jednocześnie pomnikiem, symbolem tryumfu.

Czy Apple dobije do wspomnianego biliona dolarów? Jeżeli atmosfera wokół premier nowego sprzętu będzie mocno podgrzewana, a firma pokaże jesienią coś mocnego, myślę, że ta magiczna bariera pęknie. Jeśli jakiś biznes ma tego dokonać, to dzisiaj wydaje się, że zrobi to właśnie firma z Cupertino (chociaż przypominam o nachodzącym debiucie Aramco). Najciekawsze jest to, że firma nie musi stawać na głowie, by osiągnąć ten szczyt. W jakimś stopniu przypomina to… luz, z jakim biega Usain Bolt bijący kolejne rekordy. On też przez lata ścigał się głównie sam ze sobą…