46

Gonitwa na aparaty w topowych smartfonach? Jak dla mnie to bez sensu

Kiedy zaprezentowano pierwszy aparat w telefonie komórkowym, a był to rok 2000 – Sharp pokazał światu urządzenie mobilne z aparatem o matrycy… 0,11 MP i wyświetlaczem zdolnym wygenerować 256 kolorów. Od tego czasu zmieniło się wiele – słuchawki napompowano megapikselami, wyświetlacze mają więcej pikseli na cal od telewizorów – gonitwa, Drogi Konsumencie, gonitwa. Każdy orze […]

Kiedy zaprezentowano pierwszy aparat w telefonie komórkowym, a był to rok 2000 – Sharp pokazał światu urządzenie mobilne z aparatem o matrycy… 0,11 MP i wyświetlaczem zdolnym wygenerować 256 kolorów. Od tego czasu zmieniło się wiele – słuchawki napompowano megapikselami, wyświetlacze mają więcej pikseli na cal od telewizorów – gonitwa, Drogi Konsumencie, gonitwa. Każdy orze jak może.

Wraz z każdą premierą topowego telefonu, wiele uwagi poświęca się aparatom fotograficznym. Te w urządzeniach mobilnych to absolutny standard, już nie must-have. To za mało. We flagowcu aparat ma być najlepszy, możliwie jak największy i opakowany w miłe oprogramowanie. Samsung zadziwił (ponoć) jakością aparatu w S6, Sony wraz z nowym flagowcem (również ponoć) pokazał reszcie miejsce w szeregu, nowy iPhone – tutaj jest wiele kontrowersji. Jeden rabin powie tak, a drugi powie nie. Niektórzy uważają, że jest lepiej, niż w poprzedniej generacji smartfona z logo jabłuszka. Inni podają natomiast, że jest lepiej, cudownie i w ogóle „wow”.

smartphone-407108_1280

Przypominają mi się wesołe czasy, gdy w ofertach telekomów pojawiały się smartfony, których „klasowość” liczono wedle ilości megapikseli w matrycy. 1,3 MP szybko stało się niemodne i „słabe”, 3,2 to było już „coś”, a 5, następnie 8 megapikseli było na absolutnym topie. Tę wartość sukcesywnie powiększano i w dalszym ciągu konsumentom daje się do zrozumienia, że im więcej, tym lepiej. Historia pokazała nie raz i nie dwa, że więcej wcale nie oznacza lepiej. Dobry przykład? Lumia 1020 – telefon rasowo fotograficzny, który przez pewien okres był liderem w swojej klasie, ale… zepsuto w nim to, co stanowiło o jego sile. Oprogramowanie z wersji na wersję psuło zdjęcia i te po pewnym czasie nie wychodziły tak dobrze, jak wcześniej. Konrad Kozłowski w rozmowie ze mną na Slacku powiedział dzisiaj także, że Lumie w trybie auto wcale nie radzą sobie najlepiej – tu zaś prym ponoć wiedzie iPhone, w którym procedura „strzelenia fotki” polega na wyciągnięciu telefonu, zrobieniu zdjęcia i cieszeniu się widokami. Nie twierdzę, że jest inaczej, bo… iPhone robi naprawdę genialne zdjęcia. Natomiast na Lumię 930 również nie narzekam – według mnie to w dalszym ciągu jeden z lepszych telefonów z dobrymi aparatami (nie twierdzę, że najlepszy).

Ot, przykład z wczoraj – T-Mobile zadzwonił do mojej najlepszej (jedynej) siostry i powiedział, że jest dla niej iPhone 6S. Jak go zareklamowano? Jeszcze lepszy aparat fotograficzny, blablabla. Tylko tyle zapamiętałem z tej rozmowy. Poleciłem mojej siostrze, by jak tylko przyjdzie urządzenie, porównała to z poprzednią generacją sprzętu. I… ciekaw jestem, czy zauważy jakąkolwiek różnicę.

Autorytet w tej kwestii, DxOMark uplasował nowego iPhone’a na jak niektórzy uważają – mało zaszczytnym, ósmym miejscu. Wydaje się daleko, bo z przodu jest i Samsung i Motorola i Nexus 6P, a także LG. Dla niektórych świat się wprost zawalił, powstały posty pełne niedowierzania – takie, jakby za chwilę mieli prąd wyłączyć, albo wodę odciąć. Kataklizm.

Jeżeli czytaliście uważnie tekst, to zauważyliście, że napisałem: „jeden rabin powie tak, drugi rabin powie nie”. I niech będzie to myśl przewodnia tego artykułu. Rabinami niech będą konsumenci nowych technologii, którzy w większości nie zauważyliby różnicy między zdjęciem z aparatu tego i tego topowego smartfona. Różnice są często tak minimalne, że trudno jest powiedzieć, które ujęcie wyszło lepiej. W ślepym teście, bez podawania nazwy sprzętu mielibyśmy zapewne zupełny misz-masz ocen. Ktoś by się zdenerwował i powiedział: „Panie, nie pokazuj mi jednego i tego samego zdjęcia w kółko…”.

smartphone-623722_1280

Zmniejszanie rozmiaru pikseli, pompowanie matryc, kosmiczne technologie w aparatach, dobre oprogramowanie, procesory obrazu – to wszystko owszem, jest ważne. W różnym stopniu, ale jednak. Jesteśmy na takim etapie rozwoju technologii mobilnych, że istotnie – trudno jest pchnąć coś tak do przodu, że nagle wszystkim opadną kopary z wrażenia, zrobi się wielki szum i będziemy mogli z ręką na sercu powiedzieć Wam, czytelnikom: „to jest zmiana, to jest innowacja, to warto zobaczyć”. Coraz częściej mam wrażenie, że oczekiwania zmniejszyły się stosownie do tempa rozwoju technologii mobilnych. I choć łakniemy – jak to ludzie dalszych milowych kroków w każdej dziedzinie dotyczącej naszych ulubionych urządzeń, to coraz rozpaczliwiej bijemy się ze ścianą zwykłego wyczerpania się możliwości w kwestii rozwoju. Nic nie może wiecznie trwać, rozwój także.

I choć uwielbiam technologie, są częścią mojego życia prywatnego i zawodowego (a jakże!), to Drodzy Czytelnicy, taka trochę stara prawda dla Was. Nie dajmy się zwariować marketingowi, który technologiom jest teraz potrzebny jak nigdy dotąd. Wszelkie amazingi na bok – niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z Microsoftem, Apple, LG, Samsungiem, Huawei, Motorolą, czy kimkolwiek innym. Tak jest z fotografią, podobnie jest i ze wszystkim innym.

Grafika: 1, 2, 3