aparat instagif
6

Powstał aparat drukujący… GIFy

Poniedziałkowy poranek dla wielu osób może być przygnębiający, zwłaszcza, że skończyły się wakacje, więc warto rzucić okiem na coś pozytywnego. Proponuję dzieła domorosłego konstruktora, który ostatnio chwalił się czymś na kształt Polaroida. Tyle, że jego aparat drukuje... GIFy. Wcześniej mężczyzna zbudował symulator latania na smoku i zaserwował sobie przygodę niczym postać z gry Super Mario Bros. Twórca z pasją. A przy tym nie wyciąga ręki po kasę z crowdfundingu, lecz dzieli się swoimi pomysłami z innymi - obym częściej trafiał na takich "wariatów".

Aparat z funkcją drukowania GIFów? Brzmi… Bardzo ciekawie i… idiotycznie. Bo trudno uznać ten produkt za potrzebny, a jednocześnie intryguje to, jak sprzęt działa i jakie są efekty jego pracy. Podkreślę przy tym, że w naszym życiu pojawia się sporo niepotrzebnych przedmiotów, z których jednak korzystamy. Łatwo wyobrazić sobie funkcjonowanie bez smartwatcha, elektronicznej szczoteczki do zębów czy bidonów naszpikowanych elektroniką? Łatwo. A jednak ktoś je produkuje i ktoś to kupuje. Każdego dnia pojawiają się nowe urządzenia i każdego dnia znajdziemy w tej grupie coś dziwnego. Bo doszliśmy już do etapu, w którym część przedmiotów można jedynie udziwnić – inaczej nie da się ich zmienić.

Dlatego nie byłem zaskoczony tym, że ktoś stworzył aparat dla GIFów. Zastanawiało mnie to, jak sprzęt działa i czy ktoś chce na tym zarobić. Okazuje się, że twórca wykorzystał Raspberry Pi, akumulator i technologię druku 3D. Po nagraniu materiału, pojawia się on na kartridżu i utrzymuje się na nim do momentu nagrania kolejnych treści. Powtórzę: sensu w tym brak. Ale na twarzy pojawia się uśmiech, gdy człowiek zapoznaje się z projektem, za którym stoi Abhishek Singh. Co więcej: idę o zakład, że na tym można zrobić biznes. Gdyby do aparatu dodawany był zestaw kartridży, sprzęt mógłby znaleźć zastosowanie np. na imprezach rodzinnych – tak, jak teraz dzieje się to w przypadku polaroidów. Zamiast zdjęć, ludzie otrzymywaliby po prostu GIFy.

Nie zdziwiłbym się, gdyby sprzęt pojawił się w jakimś serwisie finansowania społecznościowego. Tyle, że autor projektu nie zbiera kasy na rozwój pomysłu i firmy. Zamiast tego podzielił się ze światem informacjami na temat urządzenia, pokazał, jak to zbudować. Przekonuje przy tym, że sam wiele się w Sieci nauczył za darmo, więc też chce dzielić się wiedzą nieodpłatnie. Postawa godna podziwu. Nie twierdzę, że ludzie przestali już działać nieodpłatnie w Internecie, ale prawda jest taka, że dzisiaj tym medium rządzą pieniądze. Na każdym kroku, w każdej formie i przy każdej możliwej okazji daje o sobie znać kasa. Tak zbudowany jest świat – także ten cyfrowy.

Najciekawsze jest to, że wspomniany aparat nie jest jedynym projektem tego człowieka – ma ich całą kolekcję, większość jest równie dziwna. Domorosły konstruktor, który lubi się chwalić/dzielić osiągnięciami. W Sieci znajdziemy np. film, na którym prezentuje, jak połączył rzeczywistość rozszerzoną z popularną grą Super Mario Bros. Zdobywał punkty i uśmiercał wrogów przemierzając Central Park z goglami na oczach – ten człowiek wie, co to dobra zabawa…

Oby więcej takich ancymonów, ludzi, którzy nie będą opowiadali, jak to stworzyli startup, by rozwinąć idiotyczny pomysł, jak szukają inwestora zdolnego wesprzeć ten projekt, a najlepiej firmy, która szybko to kupi. Oby więcej postaci, o których nie będziemy czytać, jak to przepalili kilkaset tysięcy dolarów zebranych w finansowaniu społecznościowym, bo pomysł był chromy u podstaw. Niech się nadal bawią z pasji i bez wyglądania zysku – ja chętnie przyjrzę się ich poczynaniom.